10 problemów, z którymi zmaga się maratończyk

Opublikowano Marzec 18, 2014 | przez Dżordż

marathon-646

Ludziom wydaje się, że bycie maratończykiem to super sprawa. Laski hurtowo rzucają ci się na szyje, znajomi nie robią nic innego tylko lajkują twoje posty z morderczych treningów, a ciało za ich sprawą staje się tak wyżyłowane, że procent tkanki tłuszczowej w organizmie spada poniżej 8.

Błąd.

Bycie maratończykiem owszem, jest fajne, tyle że… rzadko kiedy. Głównie wtedy, gdy przebiegniesz 42 km 195 m w dobrym czasie, dzięki czemu zyskasz (chwilowe) uczucie spełnienia oraz (też chwilowy) szacunek  w oczach bliskich. Takie historie mają jednak miejsce dwa, trzy, maks cztery razy w roku.

Codzienność długodystansowego biegacza nie jest już tak różowa. Nie brakuje w niej drobnych, ale uprzykrzających życie problemów. Oto najbardziej irytujące z nich:

1. Konieczność nieustannego jedzenia

Pozornie to fajna sprawa: człowiek nie tylko może jeść dużo, ale i często, co 2,5-3 h, najlepiej pięć razy dziennie. Niby super tyle że przygotowanie/zamówienie całego tego żarcia pochłania niesamowicie dużo energii, czasem prawie tyle co sam trening. Ledwie skończysz jeść pierwszy posiłek, a już zastanawiasz się, co wsiamać na drugie śniadanie. Jak już się z nim uporasz, stajesz przed kolejnym wyzwaniem: wymyślić jakiś zdrowy obiad. A przecież pomiędzy konsumpcją pokarmu trzeba jeszcze zmieścić pracę, spotkania ze znajomymi i – przede wszystkim – treningi.

2. „Wycelowanie” z jedzeniem przed zajęciami

Jeśli np. przerwa pomiędzy obiadem, a treningiem będzie zbyt długa, na trasie dopadnie cię głód. Tyle że nie mały, jak ten z reklamy Danio, a konkretny, powodujący burczenie w brzuchu i chęć zatrzymania się. Oczywiście można próbować zabić go poprzez zjedzenie żelu, ale jednak nie jest to pełnowartościowy posiłek, dlatego lepiej jest dobrze „wymierzyć” z żarciem przed biegiem.

Sytuacja może być też odwrotna: nażresz się przed joggingiem za dużo, a dodatkowo pochłoniesz ten posiłek powiedzmy godzinę przed zajęciami. Efekty? Raczej mało estetyczne. Albo popędzi cię na kibelek, tudzież w krzaki, ta druga wersja, niestety, jest bardziej prawdopodobna, nie ma się co łudzić, że podczas biegu wzdłuż ulicy będą hurtowo usytuowane WC, albo po prostu… puścisz bełta.

3. Szybka przemiana materii

Naczelna zasada maratończyka: zawsze po posiłku miej w pobliżu kibelek. Jeśli zjesz obfity obiad i od razu po nim udasz się na przykład na randkę-spacer po Łazienkach z dziewczyną, po jakichś 30 minutach może zrobić się i śmieszno, i straszno: zostawisz lubą w stanie wysokiej dezorientacji i sam popędzisz przed siebie, nie zważając na fakt, że akurat nie masz na sobie ciuchów do biegania.

Dziewczyna zacznie się zastanawiać co zrobiła nie tak, pomyśli, że może jest nudna, źle ubrana albo śmierdzi z jej ust, tymczasem powód twej rejterady będzie dużo bardziej prozaiczny: nie chciałeś się wysrać przy niej, dlatego ruszyłeś w siną dal, co by postawić klocka w nieco bardziej komfortowych psychicznie warunkach.

4. Ból nóg

W sumie śródtytuł jest zły, bo generalnie maratończyka nogi nie bolą, ale napierdalają. Szczególnie w obecnej części roku, gdy większość z biegaczy wykonuje najcięższe treningi, przygotowując się do długiego, trudnego sezonu. Przykład? Wczoraj ćwiczyłem… 160 minut. To była katorga, szczególnie przy obecnym, niemalże huraganowym wietrze. Gdzieś tak po dwóch godzinach nogi nakurwiały tak mocno, że nie miałem siły nimi ruszać, ja nie biegłem, a powłóczyłem nimi. Jakoś doczłapałem do domu, oj co ja bym dał za kilka dni przerwy po takiej katordze, niestety nie ma na nią szans, dziś i jutro kolejne trudne zajęcia.

Oczywiście nogi napieprzają nie tylko podczas treningu, ale i przed oraz po nim. Najlepiej uśmierzyć ten ból za pomocą lodu przykładanego do kończyn i/lub polewając je od razu po zajęciach zimną wodą, przechodzącą stopniowo w lodowatą. Takie zabiegi fajnie regenerują mięśnie, choć oczywiście nie ma szans, aby w 100 % wyeliminowały cierpienie.

5. Lenistwo

Maratończykowi często po prostu się nie chce. Podczas regularnych treningów człowiek wydobywa z siebie tyle energii, że potem nie starcza jej już na to, aby np. iść z dziewczyną do kina, siostrą na zakupy do galerii, czy przyjacielem na browar. Po ciężkich zajęciach i wspomnianym, lodowatym prysznicu zwykłe przejście z salonu do kuchni urasta do rangi wyprawy na Rysy, a skoro tak to wyjście z domu jest już próbą zdobycia Mount Everestu.

6. Spanie

Wiadomo: w dzisiejszych czasach mamy tyle obowiązków, że ciężko jest znaleźć te 7-8 godzin na sen. Biegacz powinien tyle odpoczywać, aby odpowiednio się zregenerować. Pomny tego faktu często niemalże przymusza się do pójścia do łóżka. Człowiekowi nie chce się uderzyć w kimę, wolałby poczytać albo obejrzeć dobry film, ewentualnie dokończyć projekt z pracy, ale nie robi tego, ponieważ wie, że jeśli nie prześpi się tyle ile trzeba, następnego dnia będzie nie do życia. I nie do biegania.

Naturalnie nie zawsze ta drobna, wewnętrzna walka jest wygrana. Czasem zdarza się tak, że maratończyk olewa konieczność lulania i wybiera opcję pt. porobię coś innego. Wtedy wieczór upływa przyjemnie, ale kolejna doba – już niekoniecznie.

Każdy kto ćwiczy regularnie wie, że bieganie kiedy jest się bardzo niewyspanym nie jest niczym przyjemnym. W dodatku jest to trochę niebezpieczne. Kiedy człowiek pędzi po chodniku nieprzytomny, ma spóźniony refleks co może zaowocować np. wpadnięciem na przejściu dla pieszych pod samochód czy inny rower.

7. Odmawianie sobie alkoholu

Niektórzy biegacze są w tej kwestii niezwykle surowi wobec samych siebie i w sezonie nie piją w ogóle. Inni dają sobie przyzwolenie na procenty, ale w „normalnych” dawkach. Czytaj: kiedy maratończyk baluje z kumplami, oni koło 1-2 robią się dobrze narąbani, a on nadal pozostaje trzeźwy jak świnia. I sączy wodę, ponieważ limit alkoholu wyczerpał już dwie godziny wcześniej, kiedy wypił jedyne piwo zaplanowane na ten wieczór.

Oczywiście bywa, że przeginamy pałę i, jakby to powiedział Zygmunt Chajzer, idziemy na całość. Alkoholowe zatrucie powoduje jednak na tyle duże wyrzuty sumienia i ubytki w treningu – organizm dochodzi do siebie kilka ładnych dni – że nie zdarza się co weekend ani nawet  co dwa, prędzej raz na 2-3 miesiące.

8. Kłopot z ubraniami

Kiedy człowiek przechodzi etap, w którym z ubrań XL przechodzi na M, jest zadowolony z siebie. Kiedy z „emek” wpadasz w „eski”, nie jest już tak różowo…

Ostatnio potrzebowałem kupić „na wczoraj” ładną klasyczną białą koszulę. W tym celu wybrałem się do Arkadii. Odwiedziłem kilka w miarę markowych sklepów: Próchnika, Vistulę, Pierre Cardin i Bytom i nic, dupa blada. W każdym z nich najmniejsza koszula, ta w rozmiarze S, była… i tak za duża na mnie. A że nie miałem czasu pieprzyć się z kupowaniem tego ubioru i zanoszeniem do krawca, żeby go zmniejszył, musiałem obejść się smakiem i założyć na rodzinną uroczystość inny strój.

9. Zabawa w DJ’a

Kto biega bez muzyki albo słuchając tylko i wyłącznie radia, jak na przykład Krzysiek Stanowski, tego ten problem nie dotyczy. Kto jednak lubi jak mu w uszach brzęczy podczas treningu nie coś losowo wybranego, a wyselekcjonowanego samemu, ten musi się nieźle napocić, żeby dobrać odpowiednie dźwięki.

Dlaczego? Ponieważ jak zapierdziela się 7-10 godzin tygodniowo, poszczególne utwory naprawdę szybko się przejadają. Szukanie nowych, które będą równie dynamiczne i przystępne dla ucha, to często żmudna robota, szczególnie dla kogoś, kto nie zna się jakoś specjalnie na współczesnej muzyce klubowej, ponieważ nie spędza połowy dnia na zakłócaniu spokoju sąsiadów i napieprzaniu muzyki z wieży na maksa.

10. Monotonia

Jak dla mnie wróg numer 1 biegacza. Zmagasz się z nią właściwie za każdym razem kiedy trening trwa ponad 90 minut. W moim przypadku to 3x w tygodniu. Muzyka zabija ją tylko w małym stopniu, w większym pomaga… myślenie. Ja podczas biegu zastanawiam się nad tematami tekstów na portal, nad książkami, które warto przeczytać, nad planami spotkań na najbliższe dni itd. itp.

Często jest jednak tak, że człowiek jest zbyt zmęczony, żeby dumać nad czymkolwiek, więc po prostu wyłącza się i biegnie. Dziesięć minut, pół godziny, godzinę. Znużenie jest wówczas olbrzymie, a do końca treningu np. jeszcze 90 minut…

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , ,



Back to Top ↑