10 rzeczy, z którymi użera się każdy organizator dużego festiwalu

Opublikowano Październik 9, 2014 | przez MB

festival

Uczestnik festiwalu najczęściej dostrzega przede wszystkim efekt końcowy. Jest zadowolony albo nie. Nie ma jednak pojęcia ile nerwów, stresowych sytuacji i wyrzeczeń wymagało przygotowanie wydarzenia. Praca przy organizacji eventów uchodzi za lekką, fajną, przyjemną, rozwijającą i taką, którą mógłby wykonywać praktycznie każdy. Świat jest w błędzie.

1. Brak snu

Wyspany pracownik biura festiwalowego jest jak yeti – podobno ktoś go kiedyś widział. Nic więcej o nim nie wiadomo. Przeciętna osoba z plakietką „staff” śpi po dwie, trzy godziny w interwałach na kartonach ulotek i identyfikatorów. W domu bywa tylko po czysty t-shirt i bułkę z pasztetem. Szybciej niż po festiwalowej koszulce można go poznać po worach pod oczami.

2. Brak pieniędzy

Niezależnie od tego ile lat trwają przygotowania do festiwalu, zawsze jest to samo. Za mało pieniędzy na to, na tamto, gwałtowne szukanie sponsorów i pożyczanie pieniędzy od rodziny. Zawsze za mało i zawsze nie starcza. Na lepszy alkohol, na toitoie z umywalkami, na transport luksusową furą, na taśmę klejącą, na zajebistego artystę. Najgorzej jak finansowo ucierpi dział reklamy, bo wtedy wszystkie starania mogą iść się jebać.

3. Presja

Jeśli komuś wydaje się, że praca przy festiwalu to takie fajne i przyjemne zajęcie, to powinien przytrzasnąć sobie łeb drzwiami od lodówki. Niekiedy presja jest tak wielka, że nic tylko wyłączyć telefon, pobrać wszystkie oszczędności i uciec na Sri Lankę. Najgorzej jest na tydzień przed, gdy dopinane są ostatnie rzeczy, okazuje się, że jeszcze kupa do zrobienia a szef zza ściany to wilk w owczej skórze. Wszystko musi być na już, na wczoraj albo najlepiej jakby zrobiło się samo. Dobra i rzetelna praca jest dostrzegalna znacznie rzadziej niż pojedyncze wtopy. Nie zdziwiłoby nas, gdyby jakieś statystyki wykazały, że wśród dyrektorów artystycznych festiwali jest najwięcej mobberów.

4. Złe odżywianie

Najedzony pracownik biura festiwalowego jest taką samą rzadkością jak wyspany. Rozlegulowany żołądek to jedna z najczęstszych przypadłości, na którą cierpią organizatorzy. Śniadanie jedzą o szesnastej, obiad o ósmej rano. Najczęściej podgryzają syfy w fast foodach i skubią jak wiewióreczki na okazyjnych bankietach. Chudną i tyją na zmianę, jeśli festiwal trwa na tyle długo. Bardzo możliwe, że niektórzy na koniec imprezy dostają wrzodów żołądka albo nieustannie rzygają przez trzy dni.

5. Ciężary

Możesz być dyrektorem artystycznym, sekretarzem organizacyjnym albo nawet samym Panem Bogiem, ale przed, w trakcie i po festiwalu pogódź się z tym, że będziesz tachał spore kilogramy. Setki koszulek, plakatów, ulotek, żarcia, gadżetów, alkoholu, sprzętu, kabli itp. itd. Nie ma, że boli i że dyskopatia. W tę i z powrotem, po płaskim i po schodach, dystanse długie i dystanse krótkie. Częściej niż oklaski, okrzyki zachwytu i słowa gratulacji pracownik biura festiwalowego słyszy strzyk w kręgosłupie.

6. Zachcianki

Gwiazdy, artyści, goście honorowi, goście specjalnie, dziennikarze, każdy ma jakieś widzimisie. Najczęściej takie, które totalnie dezorganizują pracę. Albo te niebotyczne, które są domeną największych postaci show biznesu, a o których tak często rozpisują się media donosząc, że Justin Bieber zażyczył sobie wagon misiów Haribo a zespół Aerosmith pozłacane ręczniki, wazon z kości słoniowej i karła. Niestety, większość z nich trzeba spełnić z uśmiechem na ustach. Stąd wkurzająca rzecz numer siedem.

7. Dobra mina do złej gry

Co by się nie działo, fason trzymać trzeba. Partnerzy, sponsorzy, współpracownicy, współorganizatorzy, nie z każdym współpraca zawsze przebiega tak jak powinna. Ale jakoś przebiegać musi. Dlatego umiejętność wstrzymania języka w tej robocie jest zdecydowanie wskazana. Co nie zmienia faktu, że mocno utrudniająca życie. Największe kwasy w ekipie rodzą się przez buzujące w staffie emocje, które w pewnym momencie muszą ulecieć. Działają jak niewybuch znaleziony głęboko w lesie. Często odłamkami dostaje się pracownikom o niższej randze. Stąd wkurzająca rzecz numer trzy.

8. Wyłączenie ze świata

Ten problem najbardziej dotkliwie odczuwają organizatorzy długich festiwalu, tygodniowych, dziesięciodniowych, dłuższych. Takie przedsięwzięcia wymagają maksymalnego zaangażowania praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. O ile we wstępnej fazie organizacji można pozwolić sobie na wolne wieczory i weekendy, o tyle im bliżej festiwalu, tym mocniej organizator wsiąka w całe przedsięwzięcie. O braku snu już pisaliśmy. Nie ma też czasu na znajomych, browary, Ligę Mistrzów ani dorabianie na boku. Nie ma czasu na pielęgnowanie związku, na pisanie do Wyszło, z jedzeniem już wiecie jak jest. Każde podrapanie po tyłku jest jak święto.

9. Brak seksu

Podczas pracy nad festiwalem poznaje się sporo ludzi. Akurat jest to taka branża, że pracownicy są raczej atrakcyjni, dynamiczni, zadbani, młodzi. Przygotowywania trwają cały rok, więc niejednokrotnie eksponują swoje apetyczne ciała w upalne dni. Okoliczności idealne do tego, by porobiły się parki, narodziły romanse, pojawił się przygodny seks. Atmosfera jednak jest tak napięta, że nikt o bzykaniu nawet nie myśli. To chyba najsmutniejszy aspekt pracy przy organizacji festiwalu.

10. Codzienne picie alkoholu

To, co z pozoru wydaje się samą przyjemnością, w praktyce nie zawsze kończy się pomyślnie. Załóżmy, że festiwal trwa dziesięć dni. Przez dziesięć dni trzeba łoić wódę do oporu. Dlaczego? Bo tak wypada. Z Pearl Jam się nie napijesz? Nie pójdziesz do klubu festiwalowego? Odmówisz sobie shota w towarzystwie Andrzeja Chyry? Przy założeniu, że każdy dzień trzeba rozpocząć mniej więcej o szóstej, siódmej rano, tryb całonocnej imprezy w pewnym momencie obraca się przeciw każdemu.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑