10 zachowań, po których poznasz, że Twój szef chciałby być Steve’em Jobsem

Opublikowano Październik 4, 2013 | przez Redakcja

steve_jobs_1955_2011

W niektórych branżach mieliśmy go chyba wszyscy.

Wannabe Steve Jobs. Człowiek, którego będziesz pamiętał przez lata. Samozwańczy lider, wizjoner, wynalazca. Szaleniec, geniusz, profeta. Cudowny twórca, wytyczający nowe szlaki przywódca… albo dziecko, któremu ktoś dał miliony na firmę (lub po prostu los nieco farta) i kilku w miarę mądrych ludzi pod sobą. Czy była to ułańska fantazja, błysk i iskra boża, czy też kombinacja szczęścia i braku umiejętności oceny przez mocodawców? Nie wiadomo. Ale któryś z tych czynników sprawił, że dostał on kiedyś nieograniczoną w pracy władzę i będzie z niej korzystał do samego końca. Swojego albo jej.

Upadek grozi tu rzadko: samozwańczy Steve nie otacza się nigdy podobnymi sobie. Zgromadzi raczej wokół siebie ciężko pracujące mrówki, które wytrzymają praktycznie wszystko, z poczucia lojalności łatając dziury, robione ochoczo przez bossa w zrywach i etapach aktywności, podczas których będziesz na niego patrzył i zastanawiał się, czy obserwujesz właśnie guru przy pracy, czy raczej gimbusa na cracku i kwasie.

W 10 procentach przypadków zamieni Twoje biurowe życie w cudowną przygodę. W pozostałych 90% – w piekło, z którego będziesz chciał uciekać na kasę do Biedry.

Opętany, nieposkromiony dyktator. Jednowładca, często narcyz. Rzadko: magik, mistrz, który aż świeci blaskiem.

Miałeś takiego? Uśmiechnij się na myśl o opisanych poniżej cechach. Nie miałeś? Dobrze to zapamiętaj. Wolisz je rozpoznać, zanim oddasz mu swoje 8 – częściej 12 – godzin codziennego spokoju. Poniżej 10 cech, po których poznasz polskiego szefa, któremu wydaje się, że jest Steve’em Jobsem.

  1. Prenumerata Wired, branżowe konferencje, TED Talks zbookmarkowane w przeglądarce. W każdym wypadku dochodzi do 30% treści, później się nudzi. Oryginalny Jobs to samouk, wiemy. Nasz ściemniacz nie do końca. Brak iskry nie zwalnia go jednak z używania fachowych pojęć, czytania o Elonie Musku i marzeniu, by kiedyś przepytał go Robert Scoble. W oparach mitów o Silicon Valley ubzdurał sobie, że buduje światową potęgę i nie zatrzyma się, dopóki nie pozwie go Google, a Seth Godin nie napisze poezji o jego przypadkach. Gladwell. Modnie jest cytować Gladwella.
  2. Jest jak hipster. Nigdy nie powie, że chciałby być Jobsem, choć porównany promienieje z radości. „Daj spokój, to były inne czasy, takiego człowieka już nie będzie”. Nasyła dział PR na media, marzy, by ktoś go tak w nich nazwał.
  3. Usprawiedliwi wszystkie objawy biurowej psychozy. Pod warunkiem, że u siebie. „Jobs też by tak zrobił” – sekretnie pocieszy się, zjebawszy na czym świat stoi jedynego niezastąpionego człowieka na całym pokładzie. „Muszę być bezwzględny i walczyć o jakość”, powtórzy sto razy, gasząc ostatnie przejawy wyrzutów sumienia. Zwolni Jurka ze sprzedaży, powie, że był chujowy, po czym wyśle do wszystkich maila, dziękując za ciężką pracę i mając nadzieję, że kiedyś się jeszcze zobaczą. „Nie wytrzymał naszego tempa” – rzuci Ci potem w rozmowie.
  4. Zrobi Ci scenę z filmu. Na Twoich oczach podrze Ci wniosek urlopowy, puści samolocik z Twojego L-4, zjebie przy ludziach Lucynkę z kadr, a nazajutrz spyta ją, czemu nie przyszła do niego z problemem. „Moje drzwi są otwarte”, zapewni. Uwielbia te klisze i, mniej lub bardziej świadomie, wykona samogwałt na myśl, że odtworzył je w swoim życiu po latach czekania.
  5. Będzie pieprzył, pieprzył i pieprzył. A im bardziej uwierzy w swoje zdolności przywódcy, tym pieprzył będzie więcej. O zbiorowej pracy, o duchu, o celach. Z charyzmą figury woskowej, z umysłem zupełnie gdzie indziej, zbierze Was, bo tak gdzieś wyczytał na necie i podniesie na duchu, siląc się na autentyzm. „Pracowaliśmy ciężko… i teraz będziemy jeszcze bardziej” – powie, odliczając w duchu do chwili, w której powróci do rzeczy wielkich, a plebs zajmie się znowu robotą.
  6. Ostatni raz pochwalił Cię w 1979 roku. Polski Steve Jobs wymaga zawsze maksimum. Oczywiście od innych, sam jest po prostu geniuszem i raczej wskazuje, niż buduje drogę. Wymaganie maksimum oznacza jednak, że polski Steve Jobs prędzej powie Ci rzeczy w rodzaju: „Stać Cię na więcej”, niż realnie stwierdzi na ocenie, że właśnie uratowałeś mu tyłek.
  7. Losowo wypali coś o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia i których nigdy nie stosuje, ale robi to, ponieważ wydaje mu się, że na tym polega zwierzchnictwo. „Mam nadzieję, że wpisałeś to do CRM-a” – spyta, gdy powiedziałeś właśnie o swoim wczorajszym spotkaniu. „Mam nadzieję, że po 3 latach wreszcie się do niego zalogujesz” – masz chęć odpowiedzieć, wiedząc, że ten skrót oznacza dla niego tyle, ile dla Ciebie ten z nazwy biurowej drukarki. Mimo to polski Steve Jobs lubi wypalić tak co jakiś czas, myśląc sobie: „Jestem przebiegły, pokażę im w ten sposób, że jestem jak oni”. Trzymajcie mnie, bo się rozpadnę od tego poczucia wspólnoty.
    (Pokrewne: wcieli angielsko brzmiącą metodę zarządzania, zmarnuje Wasz czas na naukę systemu, po czym przestanie stosować po tygodniu, przenosząc swoją uwagę na rzeczy mniej przyziemne. Albo Facebooka).
  8. Regularnie odpisuje w środku nocy ludziom na dowolny temat, który potrafi znaleźć – tylko po to, aby sprawić wrażenie ciężko pracującego nocnego stratega. Ulubione i typowe kwestie? Proszę: „No i jak z tym?”, pisane w odpowiedzi na dawno już załatwionego maila sprzed miesiąca. „Musimy to zrobić” – rzucone do pięciu ludzi w polu „Do”, z których każdy podrapie się rano po jajcach i uda, że to nie do niego. „Patrz, co znalazłem. Wchodzimy tam/musimy to zrobić u nas/Widziałeś?” – w towarzystwie realnie nie dającego się zrealizować w tej firmie linka. W ostateczności suche: „Dzięki”. Nie wiesz, za co… ale wiesz, że nie spał!
  9. Rozbije Ci projekt w pył nowym zadaniem, za tydzień spyta, czemu nie zrobiłeś. Powiązanie w logiczną całość procesów, które zajmują pewien czas i zrozumienie, że wrzucenie Cię w nowy temat, gdy jesteś akurat w 80% progresu poprzedniego spowoduje spóźnienie wszystkiego, czym się aktualnie zajmowałeś, to cecha zrozumiała nawet dla wprawnie działających juniorów. Nie jest to jednak coś, co pasuje do polskiego Jobsa. On zmieni zdanie 3 razy, po chwili każe Ci zacząć wszystko od początku („To wygląda jak gówno”), a na koniec opierdoli za miesięczny poślizg we wdrożeniu i koszty.
  10. O kasie pogada „już wkrótce”. Będąc akcjonariuszem lub prezesem nie do końca czuje presję ciążącą na zwykłych ludziach, dlatego czekają u niego na podpis jak Legia na Ligę Mistrzów, a podczas rozmowy o podwyżce będzie Cię próbował kitować tekstami o prestiżu, jakim jest uczestnictwo w jego wielkim projekcie. Raz na jakiś czas wyrwie z pytaniem, dlaczego w zasadzie protestują górnicy i przy ludziach, którym płaci dwa brutto wezwie do likwidacji ZUS-u i publicznej opieki zdrowotnej. Następnie odejdzie, bawiąc się zabawką za połowę ich pensji i powie, że droga nie była.

Koniec. Wiemy, wiemy, mało. I też mamy swoje opowieści. Ale czekamy na Wasze. Autora najlepszych wspomnień z pracy u polskiego Steve’a Jobsa nagrodzimy tym, czym on nagradza najlepiej.

Ciepłym, serdecznym: „Dobre, ale możesz lepiej”!

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑