Podróże kształcą? Zapewne, ale też wkurwiają

Opublikowano Październik 26, 2013 | przez Dżordż

crazy-bus

Jestem podróżnikiem-pechowcem. Wiadomo, że jak wsiądę do autobusu, w którym będzie czterdziestu cichych emerytów i jedna matka z rozwrzeszczanym bachorem, to los sprawi, że ulokuję się akurat obok niej. Wiadomo, że jak ktoś ma wylać na siebie wrzątek w hamującym akurat pociągu, to będę to ja. Pomny tego wszystkiego, mocno obawiałem się jazdy z Warszawy do Wrocławia autobusem. Jak się okazuje – słusznie…

Już na Metrze Młociny, skąd odjeżdża PolskiBus, poczułem strach. Oto bowiem moim oczom ukazał się las. Nie krzyży, a ludzi. Na peronie nr 1, z którego miał ruszyć mój pojazd, było więcej osób niż w centrum Pekinu w godzinach szczytu. Policzyłem i wyszło mi, że na autobus do Wrocka czeka koło 100 osób.

Hm, kiedyś ćwiczyłem aikido, czas chyba sobie przypomnieć co bardziej spektakularne dźwignie, inaczej mogę nie wywalczyć miejsca. Ledwie przeszła mi przez głowę ta myśl, a na ulicy pojawił się miły jegomość w dziwacznej kamizelce. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie jeden z tych co przeprowadzali pod szkołami małolatów przez ulicę, ale nie, okazało się, że oto trafiłem na uprzejmego pracownika firmy, która ma mnie dowieźć na tajemniczy, jak mówią w reklamach, Dolny Śląsk.

– Panie i panowie, zaraz podjadą dwa autobusy do Wrocławia. Także spokojnie, wszyscy się zmieścicie – poinformował ów pan, który raczej nie podbiłby Fashion Weeka w Łodzi.

Oto i wjeżdżają nasze wehikuły. A właściwie turlają się do miejsca przeznaczenia. Niespiesznie, powoli, jak tuwimowska lokomotywa. Są zupełnie inne niż ludzie, którzy ruszają pod drzwi pojazdów w tempie wyskakującego z bloków startowych Usaina Bolta.

Jako że jestem jednym z najszybszych pośród tych znerwicowanych wariatów, wepchnąłem się do maszyny jako piąty. Już chciałem umościć tyłek w czwartym rzędzie, ale instynkt mówił mi: idź dalej. Oczywiście zrobił mnie w chuja. Usiadłem mniej więcej pośrodku, a dokładnie za mną ulokowały się dwie studentki-jajcarki.

– A wiesz, że Tomek, z którym spałam ma małego? Hi hi hi.

– Ostatnio widziałam fajny serial. He he he.

– A może pójdziemy we Wrocku na imprezę? Ho ho ho.

Można oszaleć. Gdyby nie słuchawki do telefonu, albo zaciukałbym którąś z nich swoim starym, ciężkim laptopem służbowym, albo wybił nim szybę i wyskoczył z pojazdu. Gdybym to zrobił, raczej bym nie zginął. Autobus jedzie bowiem od Łodzi do Wrocławia w takim tempie, że wyprzedziłby go nawet napruty rowerzysta na Wigrach. Korki i zwężenia drogi – to wszystko sprawia, że wlecze się koszmarnie.

Najgorsze nie było jednak tempo jazdy, a fakt, że w Łodzi przysiadł się do mnie gej-elegancik. Wytrzymałem to, że miał na włosach więcej żelu niż Cristino Ronaldo. I spodnie tak obcisłe, że nawet Leonard Cohen pod ich naciskiem zacząłby śpiewać sopranem. Czego jednak znieść nie mogłem, to jego zapach. Chłopak wylał na siebie chyba całe opakowanie perfum. Żeby jeszcze był to flakonik drogi, ładny, nienachalny, dałbym radę. Ale nie, moim zdaniem koleś popsiukał się jakimś badziewiem, zapachowym tanim winem.

Równie irytujący co woń którą roztaczał był jego głosik. Wysoki, skrzeczący jakby koń biegał po blachach. Jeszcze raz Bogu niech będą dzięki za słuchawki!

A, zapomniałbym – Łódź Kaliska. Dworzec brzydszy chyba nawet od tego w Kutnie, co jest sztuką nie lada, zupełnie jak założenie kanałku Leo Messiemu. Gorsze od jego wyglądu jest jednak co innego – nie ma łazienek. Jedyna znajduje się kilkadziesiąt metrów obok. Problem w tym, że zanim ją zlokalizowałem, ustawiła się kilkunastoosobowa kolejka. Do pojedynczej kabiny, w cenie trzech złotych…

Odpuściłem więc sikanie w tych VIP-owskich warunkach, stwierdziłem, że oddam mocz w drodze, w autobusowym kiblu. Kiedy go zobaczyłem, uznałem, że jest zaprojektowany dla Hobbitów. Nie sposób stanąć w nim prosto, co sprawia, że trzeba się ułożyć w jakiejś dziwacznej pozycji, przypominającej zamknięcie nawiasu – ). Jeśli dodamy do tego, że PolskiBus skacze po naszych dalekich od równości stołu do snookera drogach zupełnie jakby brał udział w terenowych rajdach, to jako cud uznaję fakt, że nie olałem spodni ani nawet butów

Drugim cudem jest to, że udało mi się we Wrocławiu dotrzeć do swojego hotelu.

– Weź Supertaxi, są najlepsi – radził mi zawczasu MB, korespondent „Wyszło” z tego miasta.

OK, dzwonię. Sympatyczna pani przyjmuje zlecenie, ale niestety – auto się nie pojawia. Ponoć dlatego, że stałem nie tam gdzie powinienem. Hm, no ale chyba wiem gdzie stałem, prawda? Mniej więcej pod tym adresem, na który zamówiłem auto. A właściwie dokładnie tam.

Niestety, kierowcy z Supertaxi tego nie pojęli. Dzwonię więc do innej korporacji, nazwy nie pamiętam. Ci, o dziwo, przyjechali niemal od razu. Rzut oka na kierowcę i poczułem niepokój –  facet wyglądał jakby walczył ramię w ramię z Sobieskim pod Wiedniem. W związku z tym bałem się, że w każdej chwili może zejść na zawał. Co mnie pocieszało, to fakt, że mieliśmy stosunkowo niedługą drogę przed sobą, jakieś 3 km. Jest więc szansa, że w tym czasie nie kipnie.

I rzeczywiście – przeżył. Ja natomiast byłem bliski śmierci z wkurwienia, ponieważ wysadził mnie nie tam gdzie trzeba. Niby ulica się zgadzała, numer też, ale za chuja pana nie było tam hotelu, w którym miałem nocować.

22.30, obce miasto, zero świateł, ja obłożony tobołami niczym wędrowny turecki sprzedawca. Nic to, idę. I idę. I idę. Po 20 minutach postanowiłem zadzwonić do recepcji. Po trzech kolejnych przyszedł facet z hotelu, który zaprowadził mnie do niego (okazało się, że taksiarz rzeczywiście wysadził mnie w złym miejscu, inna sprawa, że cel był blisko, a ja, głąb, poszedłem w drugą stronę).

– Albercik, jesteśmy uratowani! – jestem przekonany, że nawet Stuhr w „Seksmisji” nie cieszył się na widok bociana tak bardzo jak ja, gdy wreszcie położyłem się spać po tym chorym dniu.

Podróże kształcą? Zapewne, ale też wkurwiają.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑