160 kg do rozwodu, czyli naprawdę popieprzona historia

Opublikowano Październik 8, 2013 | przez Drysus

grubaska2

Obejrzałem ostatnio najbardziej popierdolony reportaż telewizyjny w życiu. Inaczej nie potrafię tego określić. Sam program był zrobiony całkiem przyzwoicie, ale treść? Wyrwała z butów. Porażającą głupotą, kretynizmem i debilizmem. Oglądałem i oczom własnym nie wierzyłem, że na świecie są tacy popaprańcy.

Był to program… o grubasach. Na wstępie zaznaczam, że nie mam nic do ludzi postawniejszej postury. Jasne, nie robi mi się ciaśniej w spodniach na widok ogromnych ud skręconych i upchanych w leginsach, ale boczkiem w puszyste nie rzucam, a pijąc z nią piwko nie proponuję od razu hamburgera. Nie, nie jestem żadnym chamem.

W tym wypadku mówimy o rzadkiej maści grubasach. Waga ciężka. Over 200 kg. Mówimy o ludziach, dla których pójście do łazienki oznacza później przynajmniej dwie godziny snu w celu zregenerowania organizmu i nabrania sił do późniejszych czynności, wymagających równie wielkich pokładów energii, jak np. przewietrzenie mieszkania czy zmianę bluzki. Mówimy o ludziach, dla których samo przejście z pozycji leżącej w siedzącą oznacza minutę nieprzeciętnego wysiłku.

Stany Zjednoczone. Niespełna 40-letni chodzący odkurzacz. Kobieta. W młodości całkiem ładna blondyneczka, uśmiechnięta i zapewne ze sporym wianuszkiem początkujących amerykańskich raperów bez perspektyw. I szczupła. Nie koścista modelka, żaden wieszak. Szczupła, normalna dziewczyna. Pierwsze małżeństwo okazało się dla niej totalnym niewypałem. Wzięła rozwód i chciała zacząć wszystko od nowa, ale rzeczywistość mocno ją przerosła. Nie mogła sobie poradzić z samą sobą i zaczęła jeść. Ale jak!

Uzależniła się od lodówki.

Każda okazja do zjedzenia była dla niej taką radością, jak dla małego chłopca zdalnie sterowany samochodzik. Spotkanie z bratem? Jasne, w restauracji i z kilogramami jedzenia. Umiar był jej obcy. Brak apetytu? Ona chyba w ogóle nie miała apetytu – pochłaniała wszystko. Waga skoczyła do 120 kg. Tym sposobem wskoczyła, a raczej wtoczyła się na półkę z napisem „puszyste”.

120 kg. Wcale nie tak dużo dla kobiety. Waga, przy sporej dawce samozaparcia, chęci i sumienności, jak najbardziej do wyregulowania. I tak nie wyglądała jeszcze jak hipopotam. Problemy zaczęły się, gdy poznała swojego drugiego męża. I tu cała historia nabiera rozpędu.

Otóż jej nowy wybranek okazał się rzadkiej maści zbokiem. Okazało się, że faceta nie tyle kręciły puszyste (nic nienormalnego, jeden woli mały tyłeczek, drugi chce mieć za co złapać. Jednemu podobają się blondynki, inny preferuje rude), co podniecały trzy bardzo specyficzne czynniki:

1. Widok jedzącej kobiety.
2. Widok tyjącej kobiety.
3. Widok uzależnionej od niego kobiety.

Pierwsza sprawa jest bardzo prosta. Gość po prostu uwielbiał patrzeć, jak jego żona je. Kupował tony jedzenia. W lodówce nawet światła nie było widać, bo zasłaniało je żarcie. Do tego knajpy, fast-food – wszędzie ją woził.

Punkt drugi jest już nieco bardziej złożony, bo facet nie pozwalał żonie robić w domu niczego. Wszystkim zajmował się sam.

Na pozór mąż idealny – pierze, gotuje, sprząta, prasuje, gotuje, zmywa, robi zakupy, płaci rachunki GOTUJE, myje samochód, pierze, sprząta… A w tym czasie żoneczce ptasiego mleczka nie brakuje. Nasza Amerykanka myślała, że dosłownie zapierdoliła kawałek nieba. Raj. On pracuje, a ona leży, pije i je. Je i tyje, a jego to jara. Z czasem dochodzimy do czynnika trzeciego.

Nic nie robiąc i jedząc jak smok kobieta błyskawicznie przybiera na kilogramach. Nie 10. Nie 30. I nawet nie 50. Gdzie tam. Z początkowych 120 w niecały rok waga skoczyła do… 280 kilogramów. Przy takiej wadze pojawiło się mnóstwo problemów – ze wstawaniem, chodzeniem, ubieraniem, załatwianiem się w łazience, itd. We wszystkim pomagał więc mąż. Podniecony do granic możliwości uzależnioną od siebie żoną. Wyglądało to trochę jak domowy areszt, bo bez jego pomocy kobieta mogła co najwyżej przekręcić się na bok (o ile nie przeholowała z bujaniem i nie spadła z łóżka), żeby nie nasrać się pod siebie.

Chore? Nie, popierdolone.

Kobieta została zniewolona przez chorego zboczeńca, ale sama nie zrobiła nic, żeby temu zapobiec. Mało tego, cieszyła się swoimi słoniowymi gabarytami, chwaliła się nimi w sieci, prowadząc własną stronę i… jeszcze na tym zarabiała. Okazało się bowiem, że takich wykolejeńców jak jej drugi mąż jest całe mnóstwo. Zdarzali się więc tacy, którzy co drugi dzień wysyłali jej 100 dolarów (!!!), żeby nie brakowało jej na jedzenie. Rewanżowała się zdjęciami. Często w bikini, choć musiała stanąć profilem, żeby można było zobaczyć dół od kostiumu, bo z przodu wszystko zasłaniały fałdy tłuszczu.

Kobieta nigdy nie widziała pokoju swojego syna, bo korytarz w nowym mieszkaniu jest zbyt wąski. Nie była też w szkole na żadnej wywiadówce czy przedstawieniu najmłodszej córeczki, bo nie zmieściłaby się w drzwiach. W banku też nie była – korzysta jedynie z modnych ostatnio w Stanach bankomatów a’la McDrive – bez wysiadania z auta. Zawsze odbiera za to dzieci ze szkoły. Wytacza się z domu, po pół godzinie brutalnej walki udaje jej się wsiąść do samochodu i w drogę. Wzorowa mamusia? Niestety niekoniecznie, bo w drodze powrotnej zahacza o wspomniany już McDrive i kupuje całej rodzince… obiad. I tak dzień w dzień. Nie raz na 3 miesiące, tylko CODZIENNIE!

Nie wiem, ile razy starszy syn (17 lat) musiał przywalić komuś w pysk za obrażanie swojej mamy. Nie chcę wiedzieć. Nie chcę też wiedzieć, ile razy najmłodsza córka płakała po szkolnych przedstawieniach, widząc koleżanki biegnące po owacjach do pękających z dumy mam. W pewnym momencie programu mała ze łzami w oczach powiedziała: – Bardzo kocham mamusię, ale chciałabym, żeby była trochę mniejsza.

Tu patologia goni jednak patologię. Kobieta jest w takim stanie, że na każdą drzemkę musi zakładać aparat tlenowy, bo jej oddech jest już tak płytki, że mogłaby się nie obudzić. Niecałe 40 lat na karku. Co robią inne w jej wieku? W najgorszym razie sprzątają, gotują, opiekują się domem, pomagają dzieciom. Często jednak jeżdżą na rowerze, chodzą na basen i na winko do koleżanek. W najlepszym przypadku przeżywają drugą młodość i zadbane ruszają jeszcze raz w szaleńczą pogoń za dziką namiętnością. Łapią ostatni łyk niczym nieskrępowanego szczęścia.

Nasza „bohaterka” ma w życiu inny cel. Starsza córka ma już 15 lat. Idealny wiek na pierwsze bliższe znajomości, kolegów, fajne przyjaźnie. Dziewczyna, podobnie jak matka przed laty, ma ładną twarz. Miłą i serdeczną, ale już na pierwszy rzut oka widać również, że złapała jakieś 50 kilogramów za dużo. I to nie jest żadna złośliwość. Co na to matka, która przez obżarstwo spaprała sobie życie?

– Zrobię wszystko, żeby moje dziecko nigdy nie czuło wstydu. Żeby pokonało przeciwności i poradziło sobie z presją społeczeństwa. Żeby było szczęśliwe takie, jakie jest.

Nic w stylu „weź się za siebie” albo „schudnij, bo skończysz jak ja, przyspawana do kanapy i srająca pod sobie”. Żadnej rady i zachęty do walki o lepszą przyszłość. Choćby po to, żeby nie trafiła w życiu na zboka, który będzie sobie robił dobrze myśląc o fałdach jej córki. Zamiast tego hamburgery, frytki i „żeby moje dziecko poradziło sobie z presją społeczeństwa”. Naprawdę, brakuje słów.

W tym miejscu w programie powinien pojawić się jakiś akapit pod znakiem „happy end”. Aż się prosi, prawda? Że wreszcie zmądrzała. Zapieprzała na basenie, chodziła do lekarza, który ułożył dla niej radykalną dietę, że wraca do zdrowia, może już spać bez dodatkowego dopływu tlenu, że zobaczyła pokój syna… Niestety, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Kobieta dalej nie je, tylko żre. Na basenie była raz. Na spacerze też – w formie przejażdżki na gigantycznym wozie inwalidzkim. W obu przypadkach nie z własnej woli, tylko nakłoniona przez ekipę robiącą reportaż.

Jedynym pozytywem jest drugi w życiu rozwód, który wzięła. Zrozumiała wreszcie, że mąż wcale jej nie kochał i nie troszczył się o nią jak o największy skarb, tylko był zwykłym popierdoleńcem, przez którego umiera. Szkoda tylko, że potrzebowała do tego dodatkowych 160 kilogramów…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑