Pij, gadaj i nie kombinuj – przepis na idealny kawalerski

Opublikowano Maj 16, 2014 | przez ZP

kawalerski

Budzę się kompletnie skacowany, chcę wyjść na dwór złapać trochę świeżego powietrza, otwieram więc drzwi do mieszkania i baranieję. Oczom mym ukazuje się znak drogowy z ograniczeniem prędkości, który leży przed wejściem. Choć leży to złe słowo, on kona. Jest sfatygowany do cna, widać, że jacyś idioci musieli mocno się napocić, by wyrwać go z ziemi. Zaraz, to chyba byliśmy my…


To wspomnienia z wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela. Byłem jednym z jego uczestników, chociaż – niestety – nie dane było mi wziąć udziału w kapitalnej zapewne zabawie, polegającej na walce ze znakiem, a następnie transportowaniem go na trzecie bodajże piętro. Nie uczestniczyłem w niej z jednego banalnego powodu – „odpadłem” z imprezy sporo przed tym, jak to wydarzenie miało miejsce. Odpadłem, ponieważ wraz z kolegami oblewaliśmy święto Piotrka w najlepszy z możliwych sposobów – pijąc przy solidnym stole wódkę i wspominając stare, dobre czasy (graliśmy też trochę w bilard).

Dodam, że waliliśmy białą w poważnych kieliszkach, co zapewne spodobałoby się pisarzowi Pilchowi Jerzemu, który kiedyś spłodził takie oto piękne zdanie: „Cywilizacja, która klasyczną pięćdziesiątkę zastąpiła nowoczesną czterdziestką, nie potrwa długo”.

Zgadzam się w stu procentach z JP, w tym miejscu chciałem jeszcze dodać coś od siebie: cywilizacja, która z wieczorów kawalerskich robi coś na kształt weekendowego wypadu do SPA dla gejów-pięknisiów, nie ma szansy na jakikolwiek rozwój, więcej, cywlizacja ta zaczyna pachnieć niedorozwojem.

Tak się przyjemnie złożyło, że w najbliższym miesiącu czekają mnie trzy kawalerskie. To znaczy myślałem, że będzie przyjemnie, dopóki nie zobaczyłem scenariuszów dwóch z nich. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły – być może jeden przyszły pan młody z drugim czyta ten tekst, nie zamierzam psuć im ewentualnej niespodzianki – powiem więc ogólnie: nie podoba mi się, że spotkaniu zgrai facetów musi towarzyszyć multum dziwacznych, wydumanych atrakcji. Nie jest to co prawda wspólne czyszczenie pięt pumeksem w salonie piękności, ale niebezpiecznie ocieramy się już o ten poziom. W tym tempie rozwoju ludzkości nas takie „uciechy” być może jeszcze ominą, nasi synowie jednak mają w nich zapewniony udział – wybaczcie banalne porównanie – jak w banku.

I tak się zastanawiam, czy w każdej dziedzinie musimy iść z postępem? Czy zawsze trzeba wymyślać coś nowego, co będzie superekstrawypasione? Czy nie moglibyśmy czasem wyjść z mądrego założenia, że co się polepszy, to się popierzy?

Naprawdę, w kwestii wieczorów kawalerskich jestem tradycjonalistą. Tak jak lubię eksperymenty z ubiorem, seksem i literaturą, tak tutaj daleko mi do bawienia się w jaką nowatorkę. Nie chcę skakać na bungee, strzelać z łuku, ścigać się na motorach ani nawet nawilżać swojego sfatygowanego już ryja cudowną ponoć maseczką. Nie, ja mam ochotę uścisnąć dłoń przyszłych weselników, a potem z nimi pogadać przy stole pełnym zmrożonej wódki, dobrych popitek oraz staropolskich zakąsek.

Z tymi, których znam, chciałbym powspominać szczeniackie przygody, z obcymi pokłócić się o sport, politykę oraz o to, kto ma na swoim koncie więcej zaliczonych panienek. Serio, tylko tyle by mi wystarczyło do szczęścia. Choć chyba w obecnych czasach trzeba napisać: aż tyle…

Szczęście, że przynajmniej trzeci kawalerski, jedyny, którego zarysów jeszcze mi nie przedstawiono, nie powinien człowieka zaskoczyć in minus. Jak bowiem znam swojego przyszłego szwagra i jego druhów, bardziej niż oryginalność będzie na tej schadzce pożądana inna cecha, mianowicie mocny łeb.

foto: www.ciechanowinaczej.pl

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑