5 jesiennych premier płytowych, na które czekamy

Opublikowano Sierpień 22, 2015 | przez MB

Lato dobiega końca. Mając jednak świadomość, że jesienią ukażą się poniższe płyty, jakoś łatwiej jest się nam z tym pogodzić.

1. The Libertines „Anthems For Doomed Youth”

librtines

Pete Doherty i Carl Barat wreszcie pozbierali się do kupy i po serii koncertów, jakie zagrali po reaktywacji swojego macierzystego zespołu, jesienią tego roku ukaże się ich trzeci album. Dodajmy, że nagrany aż jedenaście lat po premierze poprzednika. Co więcej, w sieci można już oglądać pierwszy teledysk zapowiadający „Anthems For Doomed Youth” do kawałka „Gunga Din”. Dlaczego premiera tego krążka będzie tak bardzo istotna? Ponieważ The Libertines to najważniejszy brytyjski zespół początków XXI wieku. Ponieważ po jego rozpadzie na rynku powstała poważna luka, której przez lata nikt nie był w stanie wypełnić. Ponieważ oznacza, że Doherty ma za sobą największy życiowy dół i nie zmarnował swojego talentu.

2. Keith Richards „Crosseyed Heart”

keith

Dinozaurów rocka lubimy słuchać tylko pod warunkiem, że mają coś wspólnego z The Rolling Stones. A Keith Richards to przecież serce tej kapeli. Jak się okazuje trochę zezowate, ale to nic nie szkodzi. Singlem „Trouble” uspokoił nasze zatroskane o stan rock’n’rolla dusze. Richards nadal ma ten pazur, choć już nie grzeje tyle, co kiedyś. I całe szczęście. Trochę zwolnił i nadal może nagrywać, mamy nadzieję, dobre płyty. Jeśli ktoś ma pokazywać młodziakom, gdzie ich miejsce, to jedynie Keith ma do tego święte prawo. „Crosseyed Heart” może pozamiatać.

3. Editors „In Dream”

editors

Ten rok dla polskich fanów Editors jest naprawdę wypasiony. W grudniu zespół przyjeżdża do nas na dwa koncerty i w dodatku będzie promował nowy materiał. „In Dream” ukaże się już w październiku i chyba nikt nie przypuszcza, że band obniży loty. Czekamy, ponieważ ta kapela właściwie jeszcze nigdy nie zawiodła a mało komu zdarza się tak dobra passa od początku kariery. Trzymamy kciuki za jej przedłużenie. Choć jak zaliczą lekką skuchę, to z jednej strony prasa nie zostawi na nich suchej nitki, ale z drugiej może staną się bardziej ludzcy. Teraz są po prostu kosmiczni.

4. Slayer „Repentless”

slayer

Jeśli ktoś żywo interesuje się poetycką działalnością grupy Slayer, to wie, że przez ostatnie lata w składzie grupy zaszły znaczące zmiany. Dołączył Gary Holt, zmarł Jeff Hanneman, odszedł Dave Lombardo, powrócił Paul Bostaph. „Repentless” będzie więc pierwszym albumem zespołu nagranym w składzie Araya – King – Holt – Bostaph. Niby sami starzy wyjadacze, ale wcale nie jest powiedziane, że podczas tworzenia nowego materiału wszystko zażarło jak trzeba. Gdy w klasycznym ustawieniu nagrywali „World Painted Blood”, wszystko chodziło jak w zegarku, więc i krążek wysoko zawiesił poprzeczkę. Na jego następcę czekamy, ale z drżącą jak struna elektrycznej gitary nutą niepewności.

5. Nothing But Thieves „Nothing But Thieves”

nothing

Szczyle, gówniarze, dzieciaki, bachory. Ledwo zostali odstawieni od cycka a już mówi się o nich jako o następcach Muse. Co więcej, nie mówi się tak na wyrost. Mieliśmy okazję zobaczyć ich na żywo – kopara opada. Talent, sceniczna charyzma, świetne kawałki. Mimo że w tej chwili fan club grupy składa się prawie wyłącznie ze zbuntowanych nastolatków korzystających z dobrodziejstw streamingu i social mediów, to ta sytuacja powinna się zmienić jesienią, kiedy ukaże się ich debiutancki album. Twórczość Nothing But Thieves zasługuje na ocenę dojrzałego odbiorcy. Jest w niej głębia, są odważne pomysły, są też karkołomne popisy wokalne. Muzyka tego zespołu to coś o wiele więcej niż muza dla gimbazy. My to już zrozumieliśmy, teraz czas, żebyście też to skumali.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑