5 najlepszych zabawek z lat 90.

Opublikowano Styczeń 14, 2016 | przez MB

W kontekście beztroskiej, nieskrępowanej rozrywki lata dziewięćdziesiąte zdecydowanie rządzą. Dlatego uwielbiamy do nich wracać. Tym razem z łezką w oku wspominamy najbardziej wyczesane w kosmos zabawki.

Tamagotchi

tamagotchi

Numer jeden na liście wymarzonych prezentów gwiazdkowych, urodzinowych i z okazji Dnia Dziecka każdego brzdąca w tamtych czasach. Nie że tylko dziewczynki chciały wyprowadzać na spacer wirtualnego pieska, sprzątać po nim kupy, usypiać go i rzucać mu piłeczkę w postaci kilku pikseli. Chłopcy także tego pragnęli. I, co dziwne, tamagotchi wcale nie było substytutem prawdziwego zwierzęcia domowego, bo ci którzy mieli żywe czworonogi, także bawili się tą gierką. Tę elektroniczną zabawkę rodem z Japonii (coś takiego nie mogło powstać nigdzie indziej) spokojnie można uznać za prawdziwy fenomen. Została wymyślona tak, by wzbudzać emocje. Kiedy cyfrowy zwierzak był zadowolony, właściciel także, kiedy zwierzak umierał, we właścicielu budziły się wyrzuty sumienia. Dzisiaj oczywiście coś takiego by już nie przeszło, ale w 1996 tamagotchi wzbudzało istny szał.

Tiki tiki

tiki tiki

Konstrukcja tej zabawki była prosta jak budowa cepa. Sznurek i dwie kulki, po jednej na każdym z końców sznurka. Co można było z nią robić? Wyłącznie uderzać kulką o kulkę.

– Ej, co robisz?
– Bawię się tiki tiki.
– A jak to działa?
– Jak pociągam za sznurek, o w ten sposób, to kulki się ze sobą zderzają, widzisz?
– Aha.

Teraz taki dialog brzmi durnie, mimo to ludzkość ani wcześniej, ani później nie wymyśliła równie prostego urządzenia, które dawałoby dzieciakowi tak dużo radości. Choć obsługa tiki tiki wydaje się prosta, to wprawienie kulek w ruch i zderzanie ich ze sobą wcale nie było takie łatwe. Ale kiedy ktoś już opanował tę technikę, wówczas na podwórku był bogiem. Stukało się wszędzie, w drodze do szkoły, na przerwach, na lekcjach, oglądając telewizję lub robiąc dwójkę. Tiki tiki hipnotyzowało.

Laser

laser

Tą zabawką z kolei można było skutecznie doprowadzić nauczycieli do szału. Ze znanych tylko sobie powodów nienawidzili laserów jak psów. A te za to w latach dziewięćdziesiątych, szczególnie tych późniejszych, były szczytem mody i można je było dostać na każdym bazarze za bezcen. Miałeś laser i świeciłeś nim po ścianach w trakcie lekcji, byłeś spoko i cool. Najbardziej wtedy, gdy miałeś filtr z gołą babą. Wówczas traktowano cię jak prawdziwego chojraka. Wśród tych, którzy nie bawili się laserami, czyli wśród lamusów, a także wśród rodziców i oczywiście nauczycieli, krążyła legenda, że świecąc komuś laserem po oczach, można było mu uszkodzić wzrok. Z perspektywy czasu oceniamy, że było w tym trochę racji i zabawka faktycznie była niebezpieczna, ale kto by się wówczas przejmował takimi pierdołami jak cudze spojówki, szczególnie na długiej przerwie?

Brick game

brick game

Na pierwszy rzut oka wyglądała jak Game Boy dla ubogich. W rzeczywistości było to jeszcze większe gówno, od którego jednak można było się uzależnić. Na Game Boya nie wszystkich rodziców było stać, na Brick Game mógł pozwolić sobie każdy. Dlatego ta zabawka stała się tak ogromnym, naturalnie bazarowym, hitem. Cały fun skupiał się wokół „cegieł”. Cegły się układało, cegłami się strzelało, cegłami się ścigało, latało i omijało przeszkody. O czymś takim jak grafika w ogóle nie mogło być mowy, o czymś takim jak grywalność już tak. Brick Game było niesamowicie wciągającą i pasjonującą rozrywką przede wszystkim ze względu na zawrotne tempo rozgrywki. Wszystko działo się szybko i szybciej, atmosferę podgrzewała tandetna melodyjka a twoje powodzenia lub porażki podsumowywał głos mówiący w bliżej nieokreślonym języku. Jednym słowem – czad.

Sprężynowe piłkarzyki

piłkarzyki

Ta zabawka to absolutna świętość dla każdego chłopaka wychowanego w latach dziewięćdziesiątych. Kto swój egzemplarz zachował to dziś, ten jest w posiadaniu prawdziwego skarbu. Minut, godzin i dni spędzonych na łupaniu w sprężynowe piłkarzyki nie jesteśmy w stanie zliczyć. Kiedy nie można było grać w gałę na podwórku, wtedy siedziało się na chacie i naciągało te małe, plastikowe ludziki, które wówczas nie były wcale plastikowymi ludzikami, tylko Roberto Carlosem, Marciem Overmarsem albo Edgarem Davidsem. Coś niesamowitego.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑