58 lat. Maciej Berbeka miał 58 lat i wszedł zimą na ośmiotysięcznik

Opublikowano Marzec 7, 2013 | przez Redakcja

maciej_berbeka

58 lat.

Będę to powtarzał jeszcze kilka razy, ponieważ oprócz smutku związanego z prawdopodobną śmiercią legendy polskiego himalaizmu, im więcej czytam, tym więcej czuję dumy i inspiracji.

58 lat – mniej więcej – ma także mój ojciec. Mój ojciec uprawia nordic walking, nie do końca ekstremalny sport, jeśli w ogóle przyjmujemy, że to sport. Ale przyjmijmy, to nawet po drodze z moją tezą. Mój tata chodzi więc z kijkami po kilka kilometrów, raz na parę dni, jeśli pogoda jest dobra. Zatacza kółko po parku w swoim mieście, idzie oświetloną uliczką, czasem zrobi drugą pętlę. Kiedy oglądam jego parokilometrowe wykresy z Endomondo, mam wrażenie, jakby chodził po bułki albo gazetę. Zimą, choć na urodziny dałem mu termoaktywny komplet, tata nie wychodzi nigdzie. W deszcz także – w deszcz woli filmy.

W ten sposób właśnie uprawia się sport, jeśli jest się zwykłym człowiekiem, zbliżającym się do sześćdziesiątki.

58 lat to wiek, o którym myślę sobie, że chciałbym go w ogóle dożyć, a nie: wspinać się zimą na jeden z najtrudniejszych szczytów świata w warunkach, do których nikt z nas pewnie się w swoim życiu nie zbliżył. Na wielu zdjęciach te wielkie góry – Everest, K2, Broad Peak, Nanga Parbat i inne – wyglądają łagodnie. Perspektywa i odległość sprawiają, że kiedy widzę ich zdjęcia, instynktownie łapię się na tym, że zaczynam myśleć o nich jak o miejscach, na które wchodzi się jak na trekking: mało strome, słońce w pełni, do przejścia z obozu tylko kilkaset metrów.

To popularne myślenie każe wierzyć ludziom, że nawet na relatywnie łatwy – jak na standardy ośmiotysięczników, oczywiście – Everest „może dziś wejść każdy”. Dość dobrze z takim myśleniem rozprawia się świetna książka Jona Krakauera, „Wszystko za Everest”, którą polecam każdemu, kto dzięki osiągnięciu naszych himalaistów zainteresował się tym sportem. Przy okazji, wyguglujcie słowa: „serac” i „crevasse”. Tak dla głębszego zrozumienia wyczynu.

Ustalmy też pewne fakty: powyżej 7600 metrów zaczyna się strefa śmierci. Nie ryzyka. Śmierci. Człowiek zaczyna tam powoli umierać i to, czy walczy z trudnościami technicznymi, czy idzie przed siebie jest wobec tego faktu wtórne. Do takiej wysokości nie da się przystosować. Zbyt długi czas przebywania w strefie oznacza, że możesz nigdy nie wrócić do domu. Spadniesz w przepaść, zamarzniesz, umrzesz na chorobę wysokościową… Nie bez przyczyny do tego tygodnia na zimowe wejścia czekały wciąż trzy ośmiotysięczniki. A, właśnie, zima. Zimą wiatr wieje tam z prędkościami huraganu, a żeby go opisać, świadkowie używają porównań z rykiem startujących samolotów.

Tam się nikt nie pcha przypadkiem lub w słabej formie.

Dlatego właśnie 58-letniego Macieja Berbekę stawiam za wzór, do którego chciałbym dążyć i traktuję jako postać, udowadniającą, że życie nie należy wyłącznie do młodych. Myślę o sportach, które mógłbym w tym wieku uprawiać i czując szczęście, że jest wśród nich odporne na starzenie się bieganie, uspokajam się. Jak widać, mam jeszcze z nim te kilkadziesiąt lat. Może nie dałem nigdy rady być najszybszym 30-latkiem, ale dam radę być najszybszym przed 60-tką?

W wieku 58 lat przeciętny Polak raczej kładzie na grillu kiełbasę i zalewa ją pianą z piwa, niż czuje sportową, graniczącą z obłędem, ambicję. W wieku 58 lat statystyczny człowiek zapomina o szalonych marzeniach, odkłada na zawsze plany dokończenia rzeczy, których nie udało mu się kiedyś domknąć i przygotowuje się powoli do tego, by w spokoju przestać zawracać sobie głowę światem.

Dla mnie Berbeka jest wzorem, dla mnie jego historia to drogowskaz. Patrzę na wiadomości z Karakorum i myślę sobie, że gdy już zaczynałem kłaść krzyżyk na tak dużej części swoich sportowych aktywności życiowych, dostałem kolejny impuls do tego, żeby nigdy nie przestać za nimi gonić.

Głupio by mi było odpuścić za młodu, skoro tak trudny ośmiotysięcznik zdobył człowiek w wieku mojego ojca.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑