Pan tu nie stał. Ja byłem pierwszy!

Opublikowano Styczeń 14, 2013 | przez kozak

o-FLU-EPIDEMIC-facebook

11.46. W samą porę. Minutę po czasie, ale ciągle w samą porę.

 

– Przepraszam, pan na którą?

– Ja na 12.30.

 

– A pani?

– 12.15.

 

– Ale ja przyszedłem pierwszy – od razu zaznaczył gość z 12.30 i lekko poprawił się na krześle, jakby demonstrując swoją gotowość do nagłego zrywu i wtargnięcia do środka. Już się lekko naprężył, już zgiął się w krzyżu, już rękoma mocniej chwycił poręcze krzesła, by w odpowiednim momencie odepchnąć się od niego i zyskać przewagę nad przeciwnikami… Wyglądał jak pieprzony Adam Małysz na belce, brakowało tylko gogli. I faktycznie, drzwi się otworzyły, a facet, który „przyszedł pierwszy” cmyk – i już był w środku, zamykając za sobą drzwi tak szybko, by tylko nikt nie zdążył zaprotestować.

Polacy chyba nie są mentalnie gotowi na prywatną służbę zdrowia. Przynajmniej niektórzy. Może przyjechali ze Szczawnicy i firma po raz pierwszy zasponsorowała im taką usługę? W każdym razie kiedyś tak nie było, a teraz jest. Teraz ludzie w LuxMedach, Medicoverach i Damianach przychodzą godzinę wcześniej i siedzą nie wiadomo po co. Powoli zaczyna obowiązywać zasada „kto pierwszy ten lepszy”, a kiedy grzecznie sugerujesz, że to nie tak działa, to patrzą na ciebie wzrokiem Bazyliszka. Weź powiedz kobiecie, która ma 80 lat i która siedzi od 30 minut „tak na wszelki wypadek”, że teraz jest kolej twoja, mimo że przyszedłeś przed sekundą.

 

„Ta dzisiejsza młodzież” (chociaż chyba już podchodzę pod kawałek Kazika: „najpierw mnie teraz wkurwia u młodzieży to że już więcej do niej nie należę”)…

 

No i zostałem pod drzwiami, jak pizda. Nie zdążyłem zaprotestować, może nawet sytuacja mnie zwyczajnie przerosła. Miałem przed sobą ludzi, którzy nie chcieli mi zrobić na złość, tylko po prostu postępowali wedle zasad, które były im wpajane przez 30 czy 40 lat. Czyli – przyjdź do lekarza pięć godzin wcześniej, jak nie zdąży przyjąć, to przyjdź dzień później, najlepiej weź czekoladę, taką jak pan doktor lubi. Oni naprawdę sądzą, że to ze mną jest coś nie tak. Że gówniarz nie zna życia. Gówniarz myśli, że sobie ot tak przyjdzie, beztrosko. A to przecież przychodnia.

Z jednej strony się cieszę, że coraz więcej Polaków korzysta z prywatnej opieki zdrowotnej, bo dzięki temu dłużej pożyją (chociaż kiedyś w prywatnej przychodni mojego koledze Abramczukowi przeczytali wyniki badań Ambraczyka i powiedzieli, że za dwa tygodnie zawinie się z tego świata – czyli wpadki notują wszędzie), ale z drugiej wolałbym, by choroby, na które choruje państwowa służba zdrowia, pozostały chorobami państwowej służby zdrowia. Zaniżają się standardy. Pewnie w takiej sytuacji, jak ta opisana powyżej, powinien zareagować lekarz, ale później okazało się, że była to 65-letnia pani doktor o tak dobrym sercu i tak łagodnym usposobieniu, że po prostu nie była w stanie nic zrobić i nie ingerowała w nasze kolejkowe ustalenia.

Jeśli ktoś w waszej rodzinie po raz pierwszy idzie do prywatnej przychodni, to wtajemniczcie go proszę: na swoją kolejkę czeka się w domu przed telewizorem, a nie na krześle pod gabinetem.

 

 

Komentarze


Tagi:



Back to Top ↑