Afront wraca do gry, jaram się jak prześcieradła

Opublikowano Październik 11, 2013 | przez Gofrey

Afront

Czekasz. Czekasz. Przeglądasz zapowiedzi. Dalej czekasz. Potem nadchodzi moment, gdy zdajesz sobie sprawę – to bez sensu. Wydarzenie/gra/płyta/film, którego wypatrujesz daleko na horyzoncie nigdy się nie ukaże. Szok, niedowierzanie, ból, potem zapomnienie – uznajesz, że najwidoczniej tak musiało być.

Szereg miłośników gier FPS przerabiał to z grą Duke Nukem Forever, którą zapowiadano w 1997, a wydano w 2011. Ci nastawieni na doznania słuchowe wyczekiwali nowej płyty Guns N’Roses, albo na album Dr.Dre, w podobnym stylu wypatruje się trzeciego Half-Life’a. Najczęściej twórcy zaskakują stęsknionych fanów właśnie wówczas, gdy ci wykreślają ze swoich kalendarzy przypominajki o świeżej premierze.

Tak miałem z twórczością łódzkiego składu Afront, złożonego z dwóch przesympatycznych raperów, Jaśka i Kasiny.

Kim są obaj panowie? Najoględniej mówiąc, to duet niedocenianych mc z centralnej Polski, mających na koncie dwa klasyczne albumy oraz jeden nigdy nie wydany (udostępniony za darmo po latach), kilka znakomitych występów gościnnych, w CV współtworzenie zespołu LWC z samym O.S.T.R.-em oraz szereg innych pobocznych projektów. Dla mnie to jednak coś więcej, niż tylko kolejny hip-hopowy zespół.

Właściwie nie wiem od czego zacząć. To pierwszy skład, którego teledyski widziałem na Vivie, a z którym potem grałem w kosza na osiedlu? Brzmi jak zwierzenia trzynastoletniej fanki One Direction, słabo. Może skład, który posłużył mi za temat do pierwszego w życiu felietonu, od którego tak naprawdę zaczęła się cała, trwająca do dziś, przygoda z pisaniem? Trochę lepiej, ale wciąż bez szału. Ludzie, którzy – skuteczniej niż Eldo i cała reszta ekstraklasowych raperów razem wziętych – nauczyli mnie, że warto kupować polskie rap-płyty? Też kiepsko.

Najlepiej będzie chyba zachować chronologię, czyli cofnąć się do magicznego roku 2004, gdy po raz pierwszy usłyszałem cokolwiek w wykonaniu dwóch bałuckich raperów. Płyta wliczona w cenę opłacanego co miesiąc Internetu, bodajże sklep Rapidshare.com, nie pamiętam już w jaki sposób się na nią natknąłem, ale wiedziałem, że to łódzkie (dobre!), a nawet bałuckie (bardzo dobre!).

Po zapoznaniu się z tym, co wylądowało u mnie na dysku, nie zmieniłem zdania – to było coś naprawdę świeżego, nowego, innego, niż to czym katowała się cała wczesna gimbaza. Minęły dwa lata słuchania tego na discmanie, pierwszej empetrójce i w Windows Media Playerze (jako gimbus bojkotowałem Winampa) i Afront uraczył mnie drugą płytą.

Pierwsze przesłuchanie, drugie, trzecie, dziesiąte. Coraz więcej znanych na pamięć fragmentów, wśród nich jeden kluczowy, który nawet teraz spisuję bez użycia żadnych wspomagaczy, prosto z głowy: „jeśli ściągasz to z sieci pewnie masz trzynaście lat i właśnie dowiedziałeś się co to jest rap”. Potem kolejne: „dla nas cenniejszy jeden prawdziwy słuchacz, niż kupa, którą gmina dowozi w gimbusach”.

Co prawda już wcześniej wyrosłem z naiwnego przekonania, że po drugiej stronie głośnika znajdują się krezusi pokroju amerykańskich producentów obwieszonych złotem, już wcześniej kupowałem płyty, gdy tylko przytrafiała się okazja i wolne kilkanaście złotych, ale tutaj było jakoś… inaczej. Może dlatego, że na albumach Afrontu od pierwszej do ostatniej minuty czułem, że to chłopaki stąd? Że to duet podróżujący tymi samymi tramwajami i zajadający te same smakołyki z budek na Placu Wolności? Szybka wycieczka do sklepu i uzupełnienie zbiorów o większość ulubionych pozycji , a następnie mocne postanowienie, że w końcu posłucham się Eldoki i naprawdę regularnie będę „kupował polskie rap-płyty”. Jeszcze nie wiedziałem, że Afront pozmienia u mnie coś więcej, niż tylko podejście do hołdowania artyście swoim portfelem w Empiku.

 

Pierwszy w życiu tekst napisany do poważnego serwisu. Hip-hop.pl nie jest może muzycznym odpowiednikiem Forbesa, ani tym bardziej internetową wersją Rolling Stone’a, ale dla mnie i tak był czymś. Miejscem, gdzie mój tekst przeczyta kupa ludzi, miejscem, gdzie za jego napisanie dostanę jakieś wirtualne punkty (prawie jakbym zarabiał pisaniem!), miejscem, w którym miło będzie zobaczyć swoje nazwisko, czy choćby nickname.

Tak powstała krótka analiza fenomenu składu Afront – gości grających nieprzeciętną, przyjemną oraz nieszablonową muzykę, jednocześnie mających olbrzymie problemy z przebiciem się w bezlitosnym świecie hip-hopowego showbiznesu. Tekst, który z perspektywy czasu oceniam jako niezły, w dodatku trafny – nazwany bodaj „najbardziej niedoceniony skład w Polsce”. Dostałem za niego dziewięć punktów hip-hop.pl, za sto były chyba do wzięcia dżinsy, nie pamiętam dokładnie, nigdy nie wykorzystałem nawet jednego punktu. Ale i tak musiało mi się spodobać, bo za tym pierwszym tekstem poszło kilka tysięcy kolejnych…

Pierwszy koncert w życiu? Teoretycznie Ostrego, ale byłem chyba jedynym człowiekiem na sali, który bardziej czekał na support w postaci Afrontów. Pierwszy podpis na okładce płyty, pierwsze obsesyjne śledzenie newsów – kiedy nowe nagrania. Nie czekałem na albumy topowych raperów w kraju, za to wypatrywałem najmniejszej choćby wzmianki, że to Afronty mają coś nagrać. Zresztą, to też pierwsi raperzy, których było mi dane poznać, pogadać w miarę prywatnie, podejść na próbę koncertu, podpatrzeć, jak idzie nagrywanie nowych kawałków w legendarnym studiu Marka Dulewicza, zagrać razem w kosza, a nawet ogarnąć wspólnie akcję promującą singiel Jaśka. Spora frajda, biorąc pod uwagę, że zaczynałeś słuchać tego w gimnazjum.

Bez wahania – to był mój ulubiony skład, z kawałkami, które słucham do dziś. Czas przeszły, był – bo do niedawna uznawałem go za nieistniejący. Premiera ich czwartej płyty miała mieć miejsce jakoś w… 2008? Jeśli mnie pamięć nie myli, przekładali to dokładnie czterdzieści osiem razy. W międzyczasie nagrywali na boku, w różnych zespołach, na featach, ale z każdym miesiącem nadzieja, że dane będzie usłyszeć ich razem na pełnoprawnym albumie przygasała. Niby fajnie było słuchać Wygi w solowych kawałkach, podobało mi się też Polskie Karate, czyli jego projekt z Igorillą z Mama Selita, ale to trochę tak jak mleko z otrębami pszennymi zamiast ulubionych płatków. No podobne, część składu nawet taka sama, zjeść – zjem, ale żebym czekał na to cały tydzień?

I wreszcie. Po siedmiu długich latach:

 

Afront wraca do gry. Gdy już wątpiłem, że kiedykolwiek to usłyszę, gdy byłem przekonany, że pozostanie mi do końca życia odsłuchiwać mój ulubiony kawałek „Cztery żywioły” (last.fm informuje, że odtwarzałem go już prawie dwieście razy), wrócili. Z mocą, parą, wypasionym bitem od Ostrego, starym stylem, unikalnym flow i charakterystycznym luzem. Naprawdę dużo czekania, ale było warto.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑