Gdyby nie używki, nie byliby tak płodnymi artystami. Historia uzależnionych mistrzów

Opublikowano Styczeń 5, 2014 | przez lucky bastard

ernest_hemingway_drinking

Według środowiskowego dowcipu Jerzy Pilch jest jak wino: śmierdzi winem. Pisarz ten wielokrotnie w wywiadach podkreślał swoje sukcesy na niwie alkoholowej. Słynne „wypiłem w życiu tysiąc litrów wódki!”, czy nie mniej ważkie zwierzenia o wielotygodniowych ciągach pijaczych to przekonujący dowód, iż  zdobył himalaje alkoholizmu, w dodatku na szczyty owe nie tyle wspinając się co wbiegając.

Tekst ten nie ma jednak na celu krytyki pilchowego pijaństwa. Każdy pije tyle ile może, Pilch ma dar picia, czy też może wielkie umiejętności w tej materii na które lata zapracował, i chwała mu. Symbioza w jakiej żyje Pilch ze swoim nałogiem stanowi natomiast ważny głos w dyskusji o wpływie środków psychoaktywnych na możliwości twórcze. Autor „Spisu cudzołożnic” nigdy nie ukrywał, że najlepiej pisze mu się po pijaku.

Być może najbardziej ortodoksyjnym zwolennikiem wspomagaczy był nowojoroski malarz Jean Michel Basquiat. Twierdził on, iż w życiu nie osiągnąłby nic, gdyby nie heroina. Oczywiście ćpał bardzo dużo, a już zawsze podczas malowania; w konsekwencji w późniejszym czasie jego stan zdrowia znacząco się pogorszył.

Przyjaciele doradzali mu by przynajmniej spróbował ograniczyć nałóg, Basquiat bał się jednak, że jego obrazy malowane na trzeźwo będą zwyczajnie słabsze, bez ikry i bez magii. Troska o jakość własnej twórczości była tutaj ważniejsza niż troska o własne zdrowie i życie. Dlatego do ostatnich dni zażywał brown sugar w ilościach, w jakich większość ludzi spożywa herbatę lub kawę.

Zmarł bardzo młodo, w wieku dwudziestu ośmiu lat.

Można tu jednak zadać pytanie: czy wolałbyś żyć krótko, ale osiągając w tym czasie światową sławę, czy jednak długo, ale przeciętnie? Basquiat, swoim bądź co bądź poświęceniem dla sztuki, opowiedział się za pierwszą opcją bardzo zdecydowanie.

Największym polskim ćpunem wśród artystów prawdopodobnie na zawsze pozostanie Witkacy. Ciężko będzie komuś przebić praktyki z bodaj wszystkimi dostępnymi wówczas narkotykami, w tym większość udokumentowana w kultowym „Nikotyna, alkohol, kokaina, peyotl, morfina, eter” wydanym w 32′ zapisie ponarkotycznych tripów artysty. Nawet w dzisiejszych czasach taka książka wywołałaby duże kontrowersje, a co dopiero wówczas, w erze Piłsudskiego, niemych filmów i ograniczania praw wyborczych dla kobiet.

Słowacki z przyjemnością ćpał opium, podobnie Verlaine i Rimbaud. Baudelaire nie ograniczał się tylko do opiatów, eksperymentował nader chętnie. W ich przypadku jednak nie można powiedzieć o braniu na potrzeby sztuki, tak jak u Witkacego czy Basquiata. Opium było w XIX wieku w paryskich kręgach kulturalnych równie popularne co współcześnie piwo, i jeśli miało ono wpływ na teksty tych autorów, to niejako tylko przy okazji. Nie znaczy to jednak, że to „niejako przy okazji” nie może być mocną stroną pisarza.

William Burroughs, autor „Ćpuna” i „Nagiego lunchu”, był „przede wszystkim narkomanem, dopiero potem pisarzem”… To widać w jego tekstach, to jest także ich najmocniejszą stroną. Podobnie Hunter.S Thompson ćpał, bo taki wyznawał styl życia (lata 70′, Kalifornia) a literatura była raczej przy okazji. Jeszcze inne podejście do dragów mieli Philip K Dick i Auden, którzy brali speed, bo łatwiej im było po tym wysiedzieć wiele godzin przy maszynie do pisania. Między 63′ a 64′ Dick dzięki takiemu amfetaminowemu wspomaganiu napisał jedenaście powieści. Auden natomiast przez całą karierę wykorzystywał speed jako źródło energii do pracy, dodatkowo nie żałując sobie także seconalu, a także – kolejnego tematu rzeki – wódki.

Według historyków XX wiek był stuleciem wojen. Historycy literatury śmiało jednak mogą mówić, iż był czasem genialnych pijaków. Nie żałowali sobie nobliści Faulkner i Hemingway, innowator Joyce czy Truman Capote. Żulem był mistrz kryminału Raymond Chandler, dzielnie spijali się dramaturg Tennesse Wiliams, poeci Dylan, Kerouac, o Charlesie Bukowskim nawet nie wspominając.

Co ciekawe, twórczość powyższych autorów zazwyczaj koresponduje z ich doświadczeniami alkoholowymi. Przykładowo melancholijny, neurotyczny w prozie Hemingway, pił by zapijać smutki; natomiast kapitalny Joyce po alkoholu był raczej podekscytowany, słynął z wywoływania burd i bójek w pubach. Analogicznie ekskluzywny Capote przypominał raczej współczesne gwiazdy, rozbijał się po pijaku samochodem, stawiał się pijany na nagranie talk-showu. Nie ma jednak żadnych wiarygodnych źródeł na ile alkohol „pomagał” im pisać, a na ile był po prostu destrukcyjnym hobby. Faulkner na przykład nigdy nie pił przy pisaniu, traktował picie jako odskocznię, natomiast już wspomniany Capote siadał do maszyny do pisanie zawsze przynajmniej z butelką martini.

Trudno sobie wyobrazić, by regularnie palący hasz księgowy czy maszynista wspomagał tym działaniem swoją karierę. Odmiennie artyści, którzy reprezentują jedyny zawód, w którym speed może pomóc w odnoszeniu sukcesów zawodowych.

Ktoś sarkastyczny mógłby zadać teraz pytanie: a więc co, żeby dobrze pisać, komponować i tworzyć, muszę ćpać, ćpać a do tego upijać się w trupa, bo to jest droga do sukcesu? Maciej Maleńczuk na tak postawione pytanie odpowiedział otwarcie: artyści powinni brać narkotyki. Jakkolwiek to człowiek dobrze zorientowany w temacie, w dodatku sam po doświadczeniach między innymi z heroiną, to mimo wszystko przedstawianie sprawy w tak czarno-białych barwach byłoby dużym nadużyciem – historia sztuki nie składa się przecież z samych ogarniętych ciężkimi nałogami degeneratów. Ignorancją byłoby jednak pomijać wpływ narkotyków i alkoholu na jej bieg.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑