Alkohol? W tym miesiącu nie piję!

Opublikowano Grudzień 7, 2015 | przez lucky bastard

Przeszło dwa lata temu napisaliśmy tekst o chlaniu – brutalnym, częstym i uzależniającym. Takim, jakie regularnie uprawiało jakieś 90 procent naszych znajomych, którzy z pewnością nie byli pod tym względem wyjątkowi. Tak po prostu wyglądała otaczająca nas, przerażająca norma.

Napisaliśmy wtedy: współcześni młodzi-wielkomiejscy piją właściwie z każdego powodu: jeden dlatego, że jest samotny i nudzi się wieczorem w domu, inny bo nie idzie mu w pracy, kolejny ponieważ ma wielu znajomych, którym nie potrafi odmówić. Tinda trwa regularnie, przynajmniej kilka razy w tygodniu. Uprawiają ją często osoby na poważnych stanowiskach, także tych kierowniczych. Dwa, trzy wieczory na spokoju (czytaj kilka piwek przed kompem lub tv), a potem melanż na całego, taki brutalny, z urwaniem filmu cztery noce z rzędu. Ze zdemolowaniem organizmu, który kiedy tylko zdoła dojść do siebie, jest znowu napierdalany przez procenty.

Czy coś się w tej kwestii zmieniło? Naszym zdaniem – tak. Co prawda nie mamy na poparcie tej tezy żadnych liczb, nie mamy też przekonania, że ta reguła rozciąga się poza ludzi, których znamy. Ale praktycznie w każdej grupie wiekowej dostrzegamy pewne zmiany, dostrzegamy ludzi zmęczonych brutalnym napierdalaniem alkoholu. Takich, którzy jakiś czas temu powiedzieli dość, i którzy konsekwentnie trzymają się tej decyzji.

Widzimy takich ludzi wśród mieszkających z rodzicami studentów, w gronie osób, które właśnie zaczęły zarabiać swoje pierwsze pieniądze oraz wśród starych wyjadaczy. To ludzie, którzy porzucili tę ścieżkę z wielu powodów, a jednym z podstawowych było wspomniane zdemolowanie organizmu. To podobny typ motywacji, jak u jednego z bohaterów powieści Waldemara Łysiaka „Dobry”, co bardzo dobrze opisuje poniższy fragment.

***

Wstałem koło południa. Łeb pęka, w gardle jajco, ślepia jak u ropuchy. Wkitrałem się do sracza, a on wszedł za mną. Trzymał flakon czystej i musztardówkę. Napełnił.

– Weź, klin dobrze robi. Wziąłem szklankę i pociągnąłem.
– Do pełna – rozkazał.
Golnąłem do dna i zamroczyło mnie. Chciałem puścić pawia, ale -nie przy nim. Nalał znowu.
– Już… nie… mogę, szefie!…-jęknąłem.
– Pij!
– Nie mogę!
Odstawił szkło na szafkę z brudną bielizną i strzelił mnie w dziób, tak mocno, że walnąłem baniakiem o rury i usiadłem na desce.
– Pij!
Po trzeciej szklance straciłem przytomność.

Przez dwie i pół doby trzymał mnie zamkniętego w sraczu, bił i pompował bebechy krzakówą silną jak spiryt. Nie dawał nic do żarcia. Piłem kiblaną wodę, rzygałem w fajans, wyłem i traciłem zmysły. Chciałem się powiesić – łańcuszek od rezerwuaru był za słaby na krawat, pękał. Darłem w paski koszulę, żeby upleść sznur -zabrali. Przyszedł łapiduch. Leżałem tydzień. (…) Od tamtej pory nie wziąłem łyka, chociaż było wielu solenizantów – na widok gołdy robi mi się mdło i słyszę jak pęka łańcuszek owinięty wokół mojej krtani.

***

Jakkolwiek patrzeć, brutalne chlanie męczy. Męczy skrajnie i kradnie czas. Pozytyw jest więc taki, że ten tryb picia zdecydowanie częściej prowadzi do jakichś poważniejszych wniosków i postanowień. Lekkie walenie w gaz raczej nikogo nie nastroi do głębszych przemyśleń, natomiast zawodowe chlanie już tak. To właśnie przez nie totalnie zmasakrowani imprezowicze pytają z rana swojego lustrzanego odbicia: co ja, kurwa, ze sobą zrobiłem?

Inną motywacją może być sport, na który ostatnio zapanowała prawdziwa moda. Aktywność fizyczna i chęć pracy nad własną sylwetką. I właściwie odejście od alkoholu jest tu fantastycznym efektem ubocznym, bo prędzej czy później każdy zrozumie, że tych dwóch spraw łączyć się nie da. Coraz częściej słyszy się więc, że ktoś nie pije, bo przygotowuje się do zawodów lub – w krótszej perspektywie – bo rano był na siłowni i musi pozwolić organizmowi na regenerację. Inni przyjmują suplementy, jak kreatyna, które mają dokładnie odwrotne działanie, co alkohol. Czyli jedno nawadnia, drugie odwadnia. Żeby stosować je razem, trzeba zwyczajnie nie mieć mózgu.

Alkohol jest też mocno kaloryczny, więc każda dziewczyna próbująca się nieco odchudzić i każdy facet pracujący nad sylwetką muszą mieć tego świadomość. Jeżeli więc niewystarczającymi argumentami są dewastacja organizmu i dewastacja efektów treningu, to zawsze można się złapać zdrowej diety. Prawda jest jednak taka, że najczęściej wszystkie te aspekty ze sobą współgrają.

Czyli odejście od brutalnego picia zazwyczaj zaczyna się brutalnym piciem, a później chęcią wzięcia się za siebie. Zauważyliśmy też, że zazwyczaj przebiega ono w trybie postanowień: nie piję do jakiejś daty lub od jakiegoś momentu. I zazwyczaj taki okres wystarcza, by przedefiniować priorytety i spojrzeć na sprawę z jakże potrzebnej perspektywy. Jako że zbliża się nowy rok i czas rzeczonych postanowień, spróbujcie tym razem odstawić picie, nawet na jeden miesiąc i sami oceńcie efekty.

Nie zrozumcie nas jednak źle, docelowo nie mamy nic przeciwko wypadom na kilka piw, czy nawet – raz na jakiś czas – znacznie mocniejszym melanżom, bo żadna skrajność nie wydaje nam się szczególnie rozsądna. U wielu ludzi po pewnym czasie niepicia obserwujemy jednak znaczącą zmianę w myśleniu, dzięki której spożywanie alkoholu przestało być ulubioną formą spędzania wolnego czasu. A to już bardzo dużo i między innymi dlatego warto spróbować samemu.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑