Autostrady dla bogaczy

Opublikowano Listopad 19, 2014 | przez lucky bastard

auto

Typowo polski absurd: mamy jedną z tańszych sił roboczych w Europie, tak wysoką efektywność i niskie koszty pracy, że firmom z całego świata opłaca się otwierać u nas swoje biura. Ale autostrady mamy oczywiście absolutnie najdroższe. Nikt nie może z nami konkurować – nawet Niemcy.

„Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad planuje wybudowanie 15-kilometrowego odcinka trasy z Warszawy do Mińska Mazowieckiego, której szacowany koszt to 600 milionów złotych. To około 40 milionów za kilometr, co da najdroższy kawałek drogi publicznej w historii Polski i jeden z droższych na kontynencie” – czytam i lekki szlag mnie trafia, bo właśnie wróciłem z meczu Polska – Szwajcaria. Ot, szybka wycieczka na trasie Kraków – Wrocław, nie więcej jak 270 km w jedną stronę i w sumie… 70 złotych zostawione na bramkach.

Mamy tych autostrad tyle, co kot napłakał, długimi fragmentami zupełnie przeciętne dwupasmówki, zwężenia i utrudnienia średnio co 10 kilometrów, ale ceny jak z innej planety. Spokojnie sobie jedziesz, ale gdybyś się choć przez moment nad tym zastanowił, to musiałbyś sobie wyobrazić jak raz na minutę (przy założeniu, że poruszasz się przepisowym 120 km/h) wrzucasz do puszeczki jakieś 60 groszy.

Mądre głowy z GDDKiA mają oczywiście milion mądrych wytłumaczeń, dlaczego u nas drogo, a w innych krajach tanio, dlaczego u nas jak zwykle się nie da, ale naprawdę guzik obchodzą mnie te ich wyjaśnienia. Wystarczy mieć minimalne pojęcie o świecie, chociaż odrobinę pojeździć po Europie, żeby w żaden sposób nie da się przekonać, że u nas jest normalnie i że właśnie tak powinno wyglądać…

Nigdy nie projektowałem, nie budowałem, ani nie zarządzałem pieprzoną autostradą, ale jednak Szwajcarzy są w stanie ROCZNIE płacić za nie tyle, ile my za… jednorazowy przejazd z Konina do Świecka. Słowacy albo Czesi, czyli umówmy się – narody, które pod żadnym względem daleko nam nie odjechały, ani technologicznie, ani finansowo, ani standardem życia, za 10 dni poruszania się po płatnych trasach płacą tyle, ile my np. za odcinek Nowy Tomyśl – Konin. Wspomniana wycieczka Kraków – Wrocław i z powrotem? Bramki za Krakowem – 9 złotych, bramki przed Katowicami – 9 złotych, bramki przed Wrocławiem – 16,40 złotych. No i powrót: bramki za Wrocławiem – 16,40, bramki za Katowicami – 9, bramki przed Krakowem – 9. W sumie: 68,80 złotych za chwilę w miarę wygodnej jazdy. Przemieszczasz się ze Śląska do Małopolski, rzut beretem, i częściej niż raz na godzinę zatrzymujesz się po rachuneczek.

62 kilometry z Krakowa do Katowic, pół godziny jazdy, może mniej – 18 złotych. 30 groszy za kilometr. I to wszystko razy 30 tysięcy pojazdów, jakie ponoć pokonują tę trasę w ciągu doby.

Ignoranci powiedzą „jak cię nie stać to siedź w domu”. Albo „przesiądź się do autobusu”. Ale przecież tu nie o to chodzi, ani trochę! Czytam, że średni koszt budowy autostrady w Polsce jest 5 razy wyższy aniżeli w Czechach, że zwykle wynosi jakieś 8 milionów za kilometr, bywa, że dobija do 20, chociaż już alarmują, że Mińsk Mazowiecki może przebić to dwa razy. Słowem: jesteśmy tak majętnym krajem, taką bajeczną krainą, że stać nas na posiadanie najdroższych dróg w całej Europie. Pełne ekranów dźwiękoszczelnych w miejscach, w których nie ma czego chronić przed hałasem. I z barierkami ochronnymi, na które wydajemy o 40 procent więcej niż Niemcy, którzy – na marginesie – za autostrady nie płacą wcale.

W raportach za minione lata marnotrawstwo zarzucają nam nawet unijni urzędnicy, ale ci nasi oczywiście wzruszą ramionami, powiedzą „nie da się” albo że od tego czasu i tak wiele już się poprawiło. Jasne. Za publiczne pieniądze buduje się bardzo łatwo. Później jeszcze łatwiej zbiera haracz…

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑