Kutanga, kindybał, Ozyrys. Jak mężczyźni nazywają swojego penisa?

Opublikowano Październik 10, 2013 | przez MB

Happy woman looking at man show striptease

W życiu każdego mężczyzny raz na jakiś czas zdarza się, że odezwie się do swojego penisa. Robi to w różnych okolicznościach. W trakcie oddawania moczu, zaraz po przebudzeniu widząc poranną stójkę albo gdy jest rozczarowany jego postawą w trakcie niezręcznej akcji z dziewczyną. Od tego, w jakich okolicznościach nastąpiła apostrofa do kutasa, uzależniony jest dobór słów.

Samiec dumny ze swojego przyrodzenia jak kominiarz z czystego komina najczęściej używa zwrotów pochodzenia zwierzęcego: pyton, jaszczur, anakonda, grzechotnik, koń. Nie wszystkie jednak zwierzęta bywają tak przekonująco zdobywcze. Ksywek pingwin, ptaszek albo pokemon (tak, to zdecydowanie zwierzę) używa się w ostateczności, np. gdy kapucyn skurczy się na zimnie.

Druga najczęściej stosowana kategoria to spożywka. Owoce, warzywa i inne to prawdopodobnie jedne z najstarszych seksualnych odniesień. W stosunku do męskiego członka najczęściej wykorzystywane są banan, grucha i parówa. Faceci o większej fantazji skuszą się na cukinię, ogóra, marchewę albo pietruchę.

Muzycy filharmonii sięgają za to po kontrabas. Dla zwolenników tolkienowskiej trylogii zarezerwowany jest Frodo. Dla tych, co pamiętają Quake’a – shotgun, a dla członków średniowiecznego bractwa – miecz. Te dwa ostatnie pochodzą z tzw. grupy zbrojeniowej, która jest równie liczna, co zwierzęca. Kolesie mają do dyspozycji cały arsenał: pałę, pałkę-zapałkę (o rozmiar mniejszą), strzelbę, kask, bat, kij i pistolet.

Różnica w nazewnictwie drągala często tkwi nie tylko w zainteresowaniach. Dużą rolę odgrywa wiek rozmówcy. Młodzi koledzy przemawiają do swoich dzid hipstersko, używając słów vintage albo takich, które brzmią oryginalnie: kołek rozporowy, kutanga, klabutong (brzmi trochę jak nazwa death metalowego zespołu), kicha (zwróćmy uwagę na wieloznaczność tego słowa), pen (słówko międzynarodowe, które nie zawsze jednak musi oznaczać chuja). Lech, Czech i Rus z kolei wysławiali się bardziej wyrafinowanie: kisidrąg, kindybał, kusica, lulok, łechtoł (oj, łechtołbym, łechtoł…).

Dzieciaki, wiadomo jak mówią: siusiak, sisior, sisiorek, kuśka. Pamiętajcie jednak, że te i podobne im nazwy przystoją jedynie samcom do lat 5 i niedoświadczonym ojcom. Idąc do męskiego kibla w klubie nie łapiecie się za siurasa tylko za penetratora. Albo zaganiacza.

Biznesmeni w korporacjach mają interes, a ich nażelowani bardziej niż Johnny Bravo szefowie w mokasynach mówią o nim wódz. Ludzie o większej niż przeciętna kulturze osobistej zwracają się do chuja na Pan – Pan Strażak, Pan Wacław, a nawet Pan Przytulak (fuj!).

Jednak najlepszym i najbardziej oddającym wartość omawianej części ciała określeniem, jakie kiedykolwiek słyszałem, jest Ozyrys. Wyobrażacie sobie lepsze słowo opisujące wielkość i majestat waszego potwora ze spodni?

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑