Bary z hamburgerami rządzą w Warszawie. Niestety

Opublikowano Lipiec 17, 2013 | przez ZP

hambuks2

Gdybym powiedzmy w 2011 roku miał do zainwestowania konkretny hajs, w życiu nie włożyłby go w hamburgerownie. Uznałbym, że co jak co, ale ten biznes nie przyniesie w Warszawie zysku.

W stolicy od kilku lat panuje moda na zdrowy tryb życia. Każdy biega, jeździ na rolkach, rowerze albo chociaż hulajnodze. Fit chcą być nawet emerytki w parku, które dziarsko zapierdalają w specjalistycznym obuwiu za jeszcze bardziej ochoczo uciekającymi im wnukami. Liczba ludzi flirtujących mniej lub bardziej delikatnie ze sportem jest naprawdę imponująca. To pierwszy powód dla którego nie otworzyłby baru z hambuksami.

Drugi: ci mieszkańcy stolicy, którzy kpią z ruchu fizycznego, siłownie i tego typu pierdoły mają za nic, są przeważnie uzależnieni od kebabów. A hamburgery przejadły im się gdzieś tak po dwóch latach od wejścia do danej dzielnicy McDolands’a.

Z perspektywy roku 2013 dochodzę do wniosku, że kiepski ze mnie biznesman. Hamburgerownie są bowiem w stolicy popularniejsze niż Beatlesi w 1965 roku w Liverpoolu. 

Nie ma dnia, żeby jakiś znajomy nie wrzucił na fejsie fotki z przepyszną bułą z mięchem. Czasem są to zdjęcia estetyczne, na których nienapoczęty zestawik leży sobie na stole niewinnie przed przyjaźnie uśmiechniętym bohaterem. Czasem bywają straszno-śmieszne, głównie wtedy, kiedy najebany fotograf w jednej dłoni trzyma telefon, a w drugiej pokarm, który wpycha sobie jednocześnie na chama do gęby.

Nie ma dnia, żebym nie wpadł na hamburgerownie w śródmieściu. Lubię spacerować i biegać, i w związku z tym powiem wam jedno: barów z tym fastfoodem jest więcej niż kurew na czerwonej ulicy w Amsterdamie. I, co ciekawe, wszystkie z nich są w godzinach szczytu wypełnione po brzegi. O kawałek cholernego mięsa z bułką, keczupem, czerwoną cebulką i czymś tam jeszcze zabijają się i hipsterzy, i panowie biznesmani, i kloszardzi nawet. Społeczeństwo pragnie tego posiłku bardziej niż Grucha kawałka pierdolonego ziemniaka w filmie „Chłopaki nie płaczą”.

Osobiście tego nie rozumiem. Moda na hamburgerownie jest dla mnie równie dziwaczna, co moda na piosenki Honey. OK, jestem w stanie pojąć, że człowiek trzepnie sobie takie danie raz na miesiąc czy dwa, ale codziennie, a przynajmniej 3-4 razy w tygodniu? No żesz kurwa mać, bądźmy poważni, przecie to prosta droga do otyłości i innych gówien.

Nie twierdzę tu, żeby jeść bez przerwy sałatkę, nie ma co przesadzać w drugą stronę, ale przecież dobre mięcho nie równa się hamburgerowi. Jak ktoś lubi wcinać konkretne dania, tak jak ja, ma milion możliwości, żeby to robić. Pierwsza z brzegu: wystarczy kupić przyprawy, grillową patelnię i można się bawić kurczakiem czy karkówką. Do tego jakaś  surówka i już, jest cool – smacznie, zdrowo i, co najważniejsze, bezzawałowo.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑