Bieg, podryw i płacz fanki Atletico, czyli niezapomniany weekend w Krakowie

Opublikowano Maj 21, 2014 | przez Dżordż

 4

Długie, ładne blond włosy służyły jej za wachlarz. Chłodziła się nimi od ładnych kilkunastu minut. Kiedy tylko robiła krótką przerwę, chowała twarz w dłonie. Popłakiwała, pokrzykiwała, zdarzało jej się także pojękiwać.

Siedziała na wysokim, barowym stołku. Stałem metr obok niej w pełnej gotowości. Nie do podrywu, a do misji ratunkowej. Obawiałem się, że nieszczęśniczka nie wytrzyma presji i w końcu osunie się na podłogę. Myślałem: jak zacznie lecieć, zdążę ją uratować.

Ostatecznie nie spadła na ziemię, tylko wyskoczyła w górę. I to jak wyskoczyła! Radośnie, wysoko, z dzikim wrzaskiem na ustach. Miała się z czego cieszyć – jej ukochane Atletico Madryt zdobyło po osiemnastu latach przerwy piłkarskie mistrzostwo Hiszpanii. No a poza wszystkim była przecież na wakacjach w Krakowie, według wielu jednym z najpiękniejszych miast świata.

I ja się w nim pojawiłem w tym samym czasie, jednak nie dla odpoczynku, a by wykonać ciężką pracę. W niedzielę miałem pobiec maraton przed którym wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, ale o tym za chwilę.

Teraz zostańmy jeszcze przez moment przy tej bezimiennej turystce z Madrytu, kobiecie na oko 40-letniej, uśmiechniętej, uroczej, w sumie atrakcyjnej. Jej naturalna, wspaniała radość była dla mnie tym bardziej wzruszająca, że miała na sobie koszulkę w biało-czerwone pasy z nazwiskiem Kiko, a więc piłkarza, który grał w klubie wieki temu (1993-2001). Oglądałem ten muzealny już nieco okaz i z sentymentem, i z myślą, że oto siedzi przede mną prawdziwa fanka drużyny Cholo Simeone, fanka od lat, a nie od wylania wczorajszej powodzi sukcesów, fanka, która przeżyła przez ten klub więcej upokorzeń niż niejedna bita kobieta w małżeństwie. Cudownie, że po takiej dawce cierpienia znalazła w dalekiej Polsce, w uroczym jazz barze swój moment chwały. I ja chciałbym natrafić na mój, pomyślałem, ale wiedziałem, że szanse na to niewielkie.

Trasa biegu w Krakowie trudna, falowana, pełna ostrych zakrętów, w sumie nie brakowało ich też w moich ostatnich przygotowaniach. Co jakiś czas człowieka pobolewał w brzuch, w którym umościło się to cholerne jelito wrażliwe; mam z nim problemy przynajmniej półtora miesiąca. Jakby ten ból nie wystarczał, musiał nawiedzić mnie fizyczny terrorysta numer 2, czyli naciągnięty mięsień dwugłowy. O jakże ja go pieściłem w ostatnich tygodniach! Dokładnie, czule, pół godziny dziennie. Z żadną kobietą w życiu nie bywałem tak regularny.

Wiedziałem, że moje oddanie trochę udobruchało tę cholerną nogę, ale czy na tyle, żeby przez ponad 42 km nie dała o sobie znać? A jeśli nawet nie będzie o sobie przypominać, to czy jelito zachowa się równie dyplomatycznie?

Zanim poznałem odpowiedź na te pytania, organizatorzy maratonu nielicho mnie wkurwili, pierwszy raz w ten weekend, niestety nie ostatni. Otóż jakiś genialny strateg, jakiś małopolski Napoleon wykoncypował, żeby pakiet startowy do biegu, który ruszał na Rynku Głównym, trzeba było odebrać na stadionie Wisły. Dla niezorientowanych – oba miejsca dzieli ładnych kilka kilometrów.

Zdenerwowanie po niespodziewanym spacerze, takowych trzeba unikać przed skrajnym fizycznym wysiłkiem, na chwilę zeszło ze mnie, gdy zobaczyłem wspomnianą Hiszpankę. Powróciło jednak ze zdwojoną siłą w sobotę po dwudziestej, wszystko z prostej ludzkiej potrzeby picia. Całe centrum raczyło się alkoholami w ten ciepły, przyjemny wieczór, całe centrum poza mną. Owszem, ktoś powie, że dla zdrowotności mogłem sobie dziabnąć lampkę białego wina, nikt od niej jeszcze nie umarł, a tym bardziej nie padł podczas maratonu, ale ja wolałem nie ryzykować. Zrobić swoje, a potem się napić, taka była koncepcja, niespełniona zresztą, ale powoli.

Pędzić z grupą osób na 3:30, a na końcu jej zwiać i pobić ciut rekord życiowy, wynoszący 3:29 – mój plan na Cracovia Maraton był wyjątkowo prosty. Odwrotnie niż trasa biegu, zawiła bardziej niż charakter każdej znanej mi kobiety. To doprawdy cud, że nikt na tych zakrętach nie złamał nogi/ręki/nie skręcił karku. No, a przynajmniej o niczym takim nie słyszałem.

Zabawne, że już na szóstym kilometrze zupełnie nie przejmowałem się ewentualnym atakiem dwugłowego lub jelita, gdzieś miałem też wspomnianą niedogodną trasę. Powód? Proszę bardzo, wymienię, nawet dwa. Primo rozwiązała mi się sznurówka, secundo zachciało mi się lać.

Nie miałem ochoty się zatrzymywać z tego samego z powodu, z którego nikt na ulicach Pampeluny nie staje mając za plecami rozwścieczone byki – nie chciałem zostać stratowany. Oczywiście mogłem zejść na pobocze i tam najpierw odcedzić kartofelki, a następnie z gracją rozprawić się z butem, ale bałem się, że owe dwie czynności zajmą mi tyle czasu, iż wybity z rytmu biegu nie dogonię już mojej grupy. Napędzany tym strachem pędziłem więc z pełnym pęcherzem, licząc że wypocę w końcu mocz, a o sznurówce starałem się nie myśleć. Owa naprędce wymyślona taktyka zdawała egzamin, po pewnym czasie i noga, i fizjologia przestały doskwierać.

Na trzydziestym siódmym kilometrze mej drogi pożegnałem się z sympatycznymi pacemakerami i czmychnąłem co sił w płucach, co by rozprawić się z życiówką. Jakież było moje zaskoczenie, gdy niecałe tysiąc metrów później znowu zobaczyłem znajome twarze!

Słabnę? A może oni przyspieszyli? Pytań w głowie wiele, nie ma czasu szukać na nie odpowiedzi, trzeba zapierdalać. Włączam szósty bieg, wpadam na metę z czasem 3:27 oraz jelitem i dwugłowym na swoim miejscu, jest dobrze, niestety tylko przez chwilę, dokładnie do momentu, w którym pytam wolontariuszkę gdzie jest strefa masażu. Odpowiedź, która pada, jest z kategorii tych najgorszych, w stylu zostało panu pół roku życia. Dziewczę mówi do mnie: musi pan przejść KILOMETR.

Po przebiegniętym w szybkim tempie maratonie taki spacer urasta do rangi biegu na 21 km.

Wieczór, siedzę z kumplem, wreszcie wyluzowany, jest rekord, nie ma kontuzji, jest dobrze, nie ma co myśleć o pracy, jutro dzień wolny. Pijemy? A jakże!

Niestety, moje alkoholizowanie się trwa całą godzinę, może nawet krócej. Nie jest to chlanie spektakularne, dwa piwa i już, pozamiatane, zmęczony do cna człowiek pada na ryj, Jerofiejew i Pilch nie byliby ze mnie dumni, bez dwóch zdań.

Żeby nie było, że pobyt w Krakowie okazał się stuprocentowo zwycięski: siedzimy sobie w trójkę – ja, przyjaciel i pomnik Piotra Skrzyneckiego – w legendarnym barze Vis a Vis, a obsługuje nas ona. Szczupła, rockowa, niska brunetka, cała na czarno poza butami, obuwie niechybnie służące do biegania, marki Asics, białe, oczojebne.

– Trenuje pani, czy po prostu nosi je dla wygody? – zagajam, bo jak wiadomo po dobrze przebiegniętym maratonie człowiekowi zdaje się, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, że podryw pójdzie jak z płatka.

– I to, i to – odpowiada moja przyszła nałożnica, a ja knuję w myślach chytry plan. Polegał on mianowicie na flirtowaniu z dziewczyną przez kilka ładnych minut, a potem zostawieniu jej pod kieliszkiem kartki z napisem „jeśli ma pani ochotę kontynuować rozmowę o bieganiu, oto mój numer: „.

Czy muszę dodawać, że amory nie zrobiły na indagowanej żadnego wrażenia i się nie odezwała?

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑