Bieganie: kiedy przychodzi kryzys…

Opublikowano Marzec 12, 2013 | przez Dżordż

biegacz

12,8. Ta liczba śni mi się w nocy. Myślę o niej kiedy robię śniadanie, a potem rozmawiam z dziewczyną. Gdy piszę tekst na „Wyszło”, też mam ją w głowie. Opętała mnie.

12,8 to prędkość, liczona w kilometrach na godzinę, z jaką muszę przez 50 minut pobiegać podczas wtorkowego treningu. Nic trudnego? Nie byłbym taki pewien. Dzień wcześniej przepłynąłem rano w basenie 2200 metrów, a potem, wieczorem, biegałem przez półtorej godziny. W średnim tempie 5:00/km. We wtorek rano naprawdę czułem to wszystko w mięśniach. Ale o tym zaraz. Teraz chcę wam coś wyznać – gdy zaczynałem przygotowania do triathlonu, byłem pewien tylko jednej rzeczy: że bieganie pójdzie mi najłatwiej. Przecież uprawiałem jogging, mniej lub bardziej intensywnie, od 10 lat, więc czego tu się bać?

Taki był mój tok rozumowania. Jakże błędny! Z perspektywy pół roku intensywnych zajęć mogę powiedzieć, że życie ze mnie zakpiło. Wytrzymuję mordercze treningi w basenie, nie poddaje się na rowerze, natomiast bieganie…

Idzie mi różnie, nie ukrywam. Są dni lepsze, są gorsze. Niedawno świętowałem, ponieważ przeleciałem 10 km w 44:47, spodziewałem się, że pójdzie mi gorzej. Działo się to w te ładniejsze dni marca, kiedy polski naród powoli przysposobiał się do wiosny. Panowie zaczynali chodzić w lżejszych kurtkach, panie poczęły odsłaniać swoje wdzięki np. poprzez zakładanie bardziej kusych spódniczek.

Na mnie ocieplenie zadziałało nieco inaczej: w sferze psychicznej. Odczułem olbrzymią ulgę, że wreszcie nie będę musiał biegać w ekstremalnych warunkach. Założyłem, że najgorsze już za mną, teraz czeka mnie przyjemny jogging przy wiosennym, delikatnym słoneczku.

Znienawidziłem Tomasza Zubilewicza. Znienawidziłem ponieważ pewnego pięknego, marcowego dnia zapowiedział, że oto znów nadchodzi zima. Szanowni obywatele miasta Warszawy nie mieli problemów z powrotem do ocieplanych strojów, których zapewne nie zdążyli jeszcze powynosić na strychy. Ja natomiast miałem mega kłopot z głową, która totalnie osiadła już w wiosennych klimatach. Po prostu nie mogłem się przestawić na to, że znów mam biegać przy pieprzonym śniegu i mrozie. Tłumaczyłem sobie, że to jeszcze kilkanaście dni i już będzie luz, ale nic to nie dawało. Mózg wysyłał mi jasne sygnały: dość zapierdalania w szczytowo beznadziejnej pogodzie.

Mimo tego mega doła musiałem realizować plan. Śnieg, wiatr, śliska nawierzchnia – znów trzeba było stawić temu wszystkiemu czoła. I to przez pieprzonych 90 minut!

Zbierałem się wczoraj do wyjścia z godzinę. Odwlekałem je jak mogłem. Włączałem filmiki na jutjubie, które miały mnie zmobilizować do zapierdzielania. Wyszukiwałem nowej, dynamicznej muzyki przy której łatwiej wycisnąć z siebie jeszcze więcej energii.

W końcu nie miałem już pomysłu co jeszcze mogę zrobić, poszedłem więc pobiegać. Pierwsza godzina była straszna. Ciało wytrzymywało narzucone przez mojego trenera tempo, głowa – absolutnie. Kiedy to się kurwa skończy, mam dość, chcę do domu, Chryste, biegam już tyle, a jeszcze przede mną 30 minut, ja pierdole – takie myśli przewijały się nieustannie.

W pewnym momencie się ich pozbyłem. Wygrałem sam ze sobą? Skądże! Po prostu… dwa razy wyjebałem się na śliskiej nawierzchni, więc zamiast o tym ile czasu mam jeszcze zapieprzać, myślałem o bolącym ciele. Niedługo potem zapomniałem nawet o tym.

– Kurwa, kurwa, kurwa – krzyczałem jak wariat. Ludzie w promieniu kilkudziesięciu metrów mieli w oczach strach.

Co było powodem mojej frustracji? Jebana sznurówka prawego buta.

Ostatnich 20 minut miałem pobiec najszybciej. I wtedy, jak na złość, but się rozwiązał. Raz, drugi, trzeci. Niby pierdoła, ale totalnie rozbijająca rytm treningu. A w efekcie doprowadzająca człowieka do szału.

Za kolejnym razem po prostu to olałem. Biegłem z rozsznurowanym adidasem, poobijany, a w głowie ciągle kłębiła się myśl: niech to się kurwa skończy.

Minuty mijały wolniej niż podczas wizyty na imieninach u nielubianej cioci. Kiedy wreszcie skończyłem, zerknąłem na telefon: udało się! Dałem radę przebiec w założonym przez trenera tempie. Radość trwała jednak może z pięć sekund. Po tym czasie najzwyczajniej w świecie się zerzygałem. Pierwszy raz odkąd biegam. I odkąd trenuje do triathlonu trzy dyscypliny naraz.

Nie wiem jakim cudem zaliczyłem gimnastykę po bieganiu. Trzy serie na brzuch po siedem ćwiczeń przy takim zmęczeniu urastają do rangi zdobycia K2 zimą. Trenując krzyczałem i pojękiwałem jak jakiś wariat. Znajoma sąsiadka pomyślała zapewne, że oto właśnie jest świadkiem dzikiego festiwalu onanizmu. Albo jakiejś dziwacznej orgii.

Wtorkowy poranek zaczął się kiepsko. Co prawda przespałem osiem godzin, ale absolutnie nie czułem się wypoczęty. Nogi bolały jak po maratonie, ale starałem się o tym nie myśleć. Nie było to znowu takie trudne bo łeb miałem wypełniony czym innym: tą cholerną liczbą 12,8.

Zrobię to albo umrę próbując – takie, nieco patetyczne hasło, wymyśliłem sobie kiedy zaczynałem trenować triathlon. Dziś koło 12 wydawało mi się realne jak nigdy. Prawa piszczel nakurwia że hej, lewe udo strasznie ciągnie, mięśnie brzucha są totalnie zakwaszone – w takim stanie ruszyłem na trasę.

Już pierwszy kwadrans, biegany w spokojnym tempie, pokazał, że nie będzie łatwo. Nierówny oddech, piekielny ból w lewej stopie – wow, ta część ciała jeszcze mnie nie bolała! – to wszystko nie zapowiadało, że dam radę poprawnie wykonać ćwiczenie.

Rozciągam się. Nogi strzykają jak u osiemdziesięciolatka. Wiatr się wzmaga. Śnieg też. Pogoda z gatunku tych, przy których pije się grzane wino i ogląda komedię romantyczną, a nie biega. Nic to. Ruszam.

Przez pierwszych dziesięć minut moje ciało mówi mi: pierdol się, pierdol się, pierdol się. Staram się go nie słuchać. Ignoruje je w taki sposób, w jaki olewa się w klubie brzydką, nachalną dziewczynę.

Robię swoje. Trzymam założone tempo. Staram się nie myśleć o tym, że jeszcze 80 % treningu przede mną. Wsłuchuję się w muzykę. Akurat leci Adele „Hometown Glory”, remix. Uprawiałem kiedyś przy tej piosence dobry seks. Przypominam go sobie w szczegółach. Dzięki temu na chwilę zapominam o tym gdzie jestem i co robię.

Mija kolejnych kilka minut. Do sukcesu coraz bliżej. Łapię odpowiedni rytm, odprężam się i w tym właśnie momencie, oczywiście, daje o sobie znać sznurówka. Rach, ciach i już jest rozwiązana. Staram się nie przeklinać. Spokojnie ją zawiązuje i zapieprzam dalej.

To już połowa dystansu. Średnie tempo: 12,7 km/h. Prawie doskonałe. Dam radę, dam radę, dam radę. W tym momencie przypominam sobie tekst kolegi o książce Scotta Jurka. Tłumaczę sobie, że skoro on przebiegał tak olbrzymie dystanse, to czymże jest kilkanaście minut, które mi zostało do finiszu?

Niestety, ciało nie do końca daje się przekonać tym argumentom. Nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna mnie boleć prawe kolano. Z każdą minutą rwie coraz mocniej. Nie chcę się na tym skupiać, w głowie układam więc lead do tego tekstu. Myślę o tym, jak miło będzie go popołudniu napisać przy kubku gorącej kawy. Biegnę. 40 minut za mną, przeciętna prędkość: 12,9. Powinno się udać. Zaczynam czuć się zrelaksowany, ale dosłownie przez chwilę.

Zza zakrętu wyłania się bowiem duży pies. Odkąd biegam regularnie, boję się takich okazów – nigdy nie wiem, jak na mnie zareagują. Niektóre czworonogi mają biegaczy w dupie, inne nie. Oczywiście nie może być zbyt prosto, więc trafiam na złośliwego skurwysyna. Zaczyna za mną gonić. I przeraźliwie głośno szczekać. Stresuję się, że mnie zaraz ujebie. Zdecydowanie zwalniam.

– Castor, wracaj! – słyszę dojrzały głos. Facet koło sześćdziesiątki z uśmiechem mówi: – Przepraszam za jego zachowanie, pan się nie stresuje, to grzeczny piesek, nic nie zrobi.

– Spierdalaj człowieku. I weź zakładaj mu kaganiec do kurwy nędzy – nie bawię się w dyplomacje. Jestem chamem? Może i tak, trudno.  Zbyt wiele razy widziałem jak psy uważane przez swoich panów za wcielenia niewinności gryzły przypadkowych przechodniów, dlatego nie mam dla takich kretynów tolerancji.

Trzy minuty do końca. Tempo 12,7. Już wiem, że nie zawiodę sam siebie. Przyspieszam. Na luzie biegnie się łatwiej.

Na finiszu uzyskuję wymarzony czas. Nie mam kiedy się cieszyć z tej małej, wygranej bitewki: przede mną kolejna gimnastyka. Dobrze, że sąsiadka jest akurat w pracy – gdyby znów usłyszała te dzikie charczenie, bankowo uznałaby mnie za kompletnego degenerata.

Nie myślcie sobie, że czuję się kozakiem, bo dałem jakoś radę w poniedziałek i wtorek. Co to, to nie. Mam w sobie dużo pokory, wiem, że zanim zrobi się naprawdę ciepło czeka mnie jeszcze dużo drobnych wojenek. Czy je również wygram? Nie mam pojęcia, triathlonowy trening zaskakuje mnie na każdym kroku. I praktycznie bez przerwy sprawia, że przekraczam jakieś granice. I chyba właśnie z tych dwóch powodów tak bardzo zakochałem się w tej dyscyplinie sportu.

 

 

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑