Bierzcie śluby, niekoniecznie z kasą, byle z klasą!

Opublikowano Marzec 22, 2014 | przez Gofrey

slub

 Za miesiąc wychodzę za mąż. Jedni gratulują, inni się dziwią („nie za wcześnie?”, „nie za późno?”, „i co wam to da?”), a są i tacy, którzy po prostu współczują przyszłemu małżonkowi. Ale bez żartów – bo przecież to chwila najważniejsza i najdonioślejsza w życiu. I co do tego już chyba nie będzie podzielonych opinii. Z tej właśnie przyczyny moje ogromne zdziwienie wywołał ostatni artykuł, jaki wysłał mi jeden z moich przyszłych gości weselnych.

Otwieram stronę Wyborczej reklamowaną zdjęciem sympatycznej młodej pary (niedługo Młodej Pary) z dzieckiem. Opowiadają o tym, że w życiu im się nie przelewa i o tym, że w tym roku się pobierają. Niektórzy odczują zapewne w tym momencie dysonans – „ślub/wesele” i „mało kasy” raczej się wykluczają. Ale ponieważ ja nie należę do tych niektórych, a i z resztą sama za chwilę zmienię stan cywilny, wiedziałam, że złożenie sobie tej pięknej przysięgi nie jest czymś nieosiągalnym dla przeciętnych Polaków. Nie twierdzę, że jest to proste, ale też nie wierzmy w te mity o kosztach weselnych konkurujących z nakładami USA na programy kosmiczne.

Jakże się zdziwiłam, gdy do mojej świadomości zaczęło dochodzić, że nie jest to zwyczajna para, która weźmie ślub pomimo licznych przeciwności finansowych. O nie! Oni poszli o krok dalej – będą mieli wesele, o jakim przeciętnie a może i ponadprzeciętnie bogaty Kowalski mógłby pomarzyć. Będą mieli limuzynę, orkiestrę, wypasioną suknię ślubną oraz przedślubne solarium, wizaż i karnety na siłownię. ZA DARMO.

No, może niezupełnie za darmo, bo zamiast licznych kwiatów na sali weselnej (a może i w kościele, marketing czyni cuda) pojawią się… banery firm sponsorujących całe przedsięwzięcie. Do tego oczywiście kilka ich logotypów na weselnym stole, a może i Młodzi pokuszą się o wsadzenie ulotek reklamowych… w tyłek. A skoro mowa o tyłku – powiecie pewnie, że żal mi dupę ściska, że ja na to nie wpadłam. W pierwszej chwili oczywiście tak było. Co więcej – w zeszłym miesiącu wzięłam udział w konkursie lokalnego dziennika w którym główna nagroda to organizacja wesela!

Po chwili jednak zaczęłam mięć wątpliwości. Potem pojawił się niesmak. Pomyślałam sobie, że mój konkurs był głupią zabawą, w którą zaangażowała się rodzina i znajomi, a od której nie uzależnialiśmy swojego ślubnego jestestwa. Perspektywa wesela w najpiękniejszej sali w naszym województwie była kusząca, ale i bez tego już dawno mieliśmy zaklepaną salę, stroje i inne pierdoły. To nie jest tak, że na ślub trzeba odłożyć kupę forsy, zrobić z rodziców bezdomnych lub zaciągnąć kredyt, bo inaczej konieczne jest dalsze życie na kocią łapę. I nie jest też tak, że trzeba żebrać od dwóch i pół tysiąca firm (nie pomyliłam się…) o ślubne przywileje.

Para, o której piszę, wykazuje dwie sprzeczne polskie przywary – jedna to słynne „zastaw się a postaw się”, a druga to kompletne odrzucenie naszej gościnności. Bo uważam, że goście to GOŚCIE i nawet głupie pisanie na zaproszeniach, żeby zamiast kwiatków zasilać świnkę skarbonkę w ramach prezentów jest chamstwem. A co dopiero dawanie GOŚCIOM wszem i wobec do zrozumienia, że są na sponsorowanym wydarzeniu pokroju słynnej wigilii w Radomiu, tylko że tu lata między nimi Para Młoda i gra kapela.

Kochani, nie wierzcie w to, co mówią o ślubach i weselach! Państwo sponsorowani twierdzą, że ich najbliższa rodzina to 120 osób, do tego dochodzą przyjaciele. Koszt talerzyka to „wiadome” 150-250 zł, zatem pomnóżcie sobie te liczby i wyjdzie kwota w granicach 30 000 zł.

Do tego limuzyna, orkiestra, suknia ślubna, garnitury, dodatki, solarium, kosmetyczka, nauka pierwszego tańca, zaproszenia, ubranie dla psa, nowa proteza … Ja wiem, że chodzicie na wesela i że macie ogląd jak to mniej więcej wygląda. Ale naprawdę wierzcie mi – przyszłej Pannie Młodej – że czas który poświęca się na szukanie kilku tysięcy firm z prośbą o sponsoring można poświęcić chociażby na eksplorowanie Internetu i korzystnych ofert.

Po pierwsze – najbliższa rodzina to nie jest 120 osób. No chyba że każde z Młodych ma dwadzieścioro dorosłego rodzeństwa z których ci mają dzieci, ale takie przypadki raczej nie zdarzają się w kraju borykającym się z potężnym niżem demograficznym. Liczbę gości spokojnie można okroić o połowę i zaprosić przy tym rodzinę, chrzestnych, przyjaciół i znajomych. Jak się dobrze poszuka, to i za talerzyk zapłaci się „normalnie”. Limuzynę spokojnie można zastąpić lepszą furą któregoś ze znajomków, z której Pan Młody i tak będzie bardzo zadowolony, a której koszty są kilkukrotnie niższe. Zamiast orkiestry można zdecydować się na rewelacyjnych obecnie didżejów i zaoszczędzić przy tym kolejne kilka tysięcy. Kilka TYSIĘCY można również zaoszczędzić na strojach ślubnych, mnóstwo kobiet obecnie je wypożycza i nie jest to żadne dziadostwo, bo tak jak to ze zwykłymi ciuchami bywa – czasem wyglądają lepiej niż Panny Młode ubrane w ciuch z najnowszych światowych kolekcji.

O tym, że zamiast karnetu na tańce i fitness można zmobilizować się samemu coś porobić, chyba nie muszę wspominać…

Piszę o tym, bo chcę, żebyście nie bali się ślubów. Tzn. nie bali, jeżeli finanse są dla Was rzeczywistym powodem odwlekania tego wydarzenia. Bo można poza tym co napisałam wziąć ślub w plenerze, który również będzie piękny, a którego koszta są porównywalne z normalną imprezą. Dla tych naprawdę uduchowionych i naprawdę bez grosza, da się ślub załatwić praktycznie za darmo. Bo w tym sakramencie o to chodzi – żeby coś sobie obiecać na całe życie i w nowych rolach żyć dalej razem. Razem z Bogiem.

Na Ten Dzień czekamy całe życie nie tylko ze względu na Boga, niektórzy w ogóle o Nim nie myślą w tym kontekście. I okej – wyglądajmy pięknie, bawmy się wspaniale, zaprośmy wszystkich ważnych ludzi w naszym życiu. Ale zróbmy to z klasą. Niekoniecznie z kasą.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑