Birdman. Wreszcie kino odważyło się na coś nowego

Opublikowano Styczeń 19, 2015 | przez lucky bastard

_AF_6405.CR2

Najsłynniejsza scena „Chłopców z ferajny”: Henry (grany przez Raya Liottę) prowadzi swoją kobietę do prestiżowego lokalu. Przechodzimy z nimi przez jeden, drugi i trzeci korytarz, zwiedzamy kuchnię, a potem śledzimy jak idą przez salę, gdzie główny bohater przedstawia kolejne postacie zarówno swojej lubej, jak i nam. Przez całą akcję nie ma ani jednego cięcia, wszystko zostało nakręcone jednym, długim, perfekcyjnym ciągiem. Niewiele jest tak istotnych scen w historii kina – owszem, treściowo ważniejszych znajdziesz multum, ale z punktu widzenia technicznego? To była mała rewolucja.

 

Ową rewolucję Alejandro González Iñárritu przemienił w eksperyment totalny w „Birdmanie”. Cały film bowiem nakręcony jest w taki sposób, jak scena z „Chłopców”. Przez bite dwie godziny nie ma ani jednego cięcia. Owszem, są pewne przejścia, tylko zgrabnie zatuszowane, ale naprawdę, jest ich bardzo, ale to bardzo mało. W zwykłym filmie będziesz miał ich kilkanaście podczas nawet jednej sceny. Podczas gdy dzisiejsze produkcje coraz częściej przypominają zlepek wycyzelowanych kilkusekundowych ujęć, tutaj mamy propozycję z drugiego bieguna.

Wrażenie zrobi to nie tylko na zafiksowanych na punkcie zdjęć kinomanach. Jest to po prostu doświadczenie filmowe nieco innego rodzaju, nieco teatralne. Bardziej personalne, osobiste. Masz odczucie, jakbyś poznawał bohaterów lepiej, że niczego się przed tobą nie ukrywa i nie wycina. Śledzisz zza ich pleców fabułę oraz ich troski, a nie na ekranie. Podglądasz, a nie oglądasz.

Czy treściowo „Birdman” nadąża jednak za nowatorską techniką? Z pewnością nie, ale też z jednego zasadniczego powodu – półka była zawieszona bardzo wysoko. Film opowiada historię Riggana Thompsona, który dawniej był wielką gwiazdą filmowych blockbusterów, grał w tytułowej serii o superbohaterze „Birdmanie”, ale porzucił to na rzecz wyższej sztuki. Jako że Thompsona gra Michael Keaton, którego los jest bardzo podobny, bo też na własne życzenie w swoim czasie odszedł z serii „Batman”, mamy do czynienia z fabułą bardzo ściśle nawiązującą do rzeczywistości. Nie brak głosów, że Keaton gra tutaj siebie i tyle w temacie.

Jego zmagania z własnym ego (i Edwardem Nortonem) tworzą barwną tragikomedię, zabawną i wciągającą, ale nie powiedziałbym, żeby historia specjalnie zapadała w pamięć. Treść, choć naprawdę niezła, pozostaje w cieniu; ot, sprawia frajdę, ale nie jest na pewno uderzeniem obuchem. Ale dla samej formy filmowej „Birdmana”, jest to pozycja obowiązkowa.

 

Komentarze

Spacer Keatona przez Times Square
Wielki finał
Gra Edwarda Nortona
Keaton latający nad Nowym Jorkiem

Podsumowanie: Film, który nie ma szans zostać zapomnianym, warto przekonać się dlaczego. Pewnie nie będą go puszczać na okrągło w telewizji, ale i za sto lat będą o nim wykłady na filmówkach.

4.5


Ocena użytkowników: 3.2 (3 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑