Bliżej ulicy

Opublikowano Styczeń 24, 2014 | przez Gofrey

kuzniar

Nie rozumiem jak można aż tak ignorować proste ciągi przyczynowo-skutkowe. Jak można być aż tak krótkowzrocznym i tak beznadziejnie narcystycznym. Jarosław Kuźniar, człowiek bez krzty honoru (słowność po przegranym „zakładzie” o 1000 maili z prośbą o jego zwolnienie), bez wielkiego warsztatu i bez większego szacunku u widzów, uznał za stosowne skrytykować Bartłomieja Maślankiewicza za jego samobójcze ganianie za Berkutem po polu bitwy na ukraińskim Majdanie.

Właściwie na tym można by zakończyć tekst, bo sam fakt krytyki ze strony gościa właściwie mieszkającego w studiu przy Wiertniczej w stronę gościa, który igrał z bandą nabuzowanych milicjantów brzmi dostatecznie karykaturalnie. To jednak sygnał pewnego większego zjawiska, które gdzieś w duszy określam „oddaleniem od ulicy”.

Moim zdaniem na tym polega na przykład sukces Weszło. Sukces kilku mediów określanych jako niezależne. Tych kilku redakcji, które nie muszą schlebiać gustom reklamodawców, różnych kierowników programowych i innych ludzi „u góry”, mogą zaś swobodnie zajmować się tym, co interesuje ich czytelników. Zamiast gładkich słówek, ostry, bezkompromisowy przekaz. Zamiast tysięcy znaków płodzonych w pseudoobiektywnym stylu, krótki, subiektywny, autorski komentarz. Czasem wulgarny, czasem agresywny, czasem przesadzony, ale zawsze szczery, tak jakby wygłaszany był nie przez dziennikarza czy eksperta, ale zwyczajnego chłopaka wkurwionego otaczającym go światem. Mam wrażenie, że ta przeważająca o sukcesie jednych i spadających słupkach drugich cecha to właśnie „bliskość ulicy”. Nie chodzi o żadne poglądy polityczne, czy prywatne sympatie i antypatie. Chodzi właśnie o ten krok, który pozwala spojrzeć z bliska.

O to przełamanie kordonu, by zerknąć co jest dalej. Nie obraz z „Błękitnego 24”, krążącego nad głowami wzbogacony analizą socjologa z cenionego uniwersytetu. Nie, komentarz z oka cyklonu, od gościa, który właśnie oberwał w łeb, od faceta, który przed chwilą machał pałką. Pamiętam reportaż „pyta.pl” z Marszów Niepodległości, czy zadym przed meczem PZPN-u z Rosją na Euro 2012. Oni tam byli, oni biegali w hełmach między nami, rozmawiali z uczestnikami i sami niemal załapali się na bęcki, choćby od Rosjan, z którymi bliskie spotkanie zaliczył między innymi Wojtek Mucha z „Gazety Polskiej” czy ja sam.

Chcecie usłyszeć jak dziennikarz w garniturze pyta pana w swetrze, czy zadyma na moście wymusza na rządzących konieczność skopiowania wzorców z Wielkiej Brytanii, czy zobaczyć, jak siedmiu Rosjan wbija się w biednego kibolkiewicza, tak że „został po mnie tylko szalik”? Ktoś powie – bo ludzie wolą mięso zamiast pogłębionej refleksji. Tak, ale nie dlatego, że krew się lepiej sprzedaje, tylko dlatego że to jest według nich autentyczne, że to według nich jest bardziej wartościowe, dobitniej obrazujące problem, niż czcze gadanie, zazwyczaj takie samo od stu lat.

Co dziennikarz w studiu może powiedzieć na temat Ukrainy? To czego dowiedział się z ukraińskiego Twittera? To już nieźle, tam jest sporo relacji z pierwszej ręki. Jeśli jednak jest dziennikarzem 1.0, nie korzysta z dobrodziejstw Internetu, wsłuchuje się za to w relacje agencji prasowych oraz reakcje polityków? Co powie? Że Berkut interweniował, bo został obrzucony koktajlami Mołotowa, że Polska jest przeciwna rozlewowi krwi, co powtórzył minister spraw zagranicznych oraz prezydent? To tak jak budować opinię o proszku na podstawie reklam, albo o przyprawach jednej z firm na podstawie programu Gesslerowej.

Ten rozstrzał jest tak widoczny, tak makabrycznie łatwy do zauważenia. Jesteś na miejscu, rozmawiasz z uczestnikami, uczestniczysz – jesteś wiarygodny. Siedzisz w studio, napierdalasz z promptera i zapowiadasz gości z kosmosu – jesteś nudny. To nie jest rok 1998, że uwierzymy w słonia przechodzącego przez ucho igielne, o ile zapewni nas o tym naczelny autorytet. To rok 2014, fałsz zostanie wyłapany na Twitterze, jeszcze zanim dziennikarz dokończy zdanie, a rzetelna analiza ze zdjęciami i sprostowaniami pojawi się na Wykopie albo Facebooku góra pół godziny później. O ile wcześniej nie zmielą cię memy.

Świat poważnych dziennikarzy, elokwentnych fachowców, przekonanych, że już nic nie muszą, wszystko wiedzą, a w relacjach mogą polegać na kolegach z agencji prasowych, kontra pasjonaci biegający w kasku, budujący emocje, przedstawiający obraz dokładnie taki, jakim jest naprawdę, jeśli upiększając go w jakikolwiek sposób, to wyłącznie instagramowym filtrem. Wszędzie mamy te starcia. Wszędzie weterani patrzą z rozbawieniem na młodych wilków rzucających się w wir akcji. Dziennikarze z loży prasowej drwiący z tych, którzy derbowe mecze przeżywają w sektorach młynowych. Fachowcy od kościoła, którzy w tym tysiącleciu jeszcze nie widzieli ambony, kontra młodzi księża komentujący rzeczywistość na Twitterze. Publicyści budujące opasłe komentarze o wczorajszych wydarzeniach do jutrzejszych gazet, przegrywający z fanpage’ami na Facebooku, którzy formatują rzeczywistość w czasie… rzeczywistym.

Kuźniar za wszelką cenę (kompleksy?) chce dołączyć do grona nieruchomych autorytetów poruszających się wyłącznie dostojnym krokiem po telewizyjnym studiu. Na szczęście dla widzów, na ten moment zabiegają go maratończycy jak Maślankiewicz, którzy klimatyzowane wnętrza telewizyjnych gmachów zamieniają na zimny bruk ulic, latający zresztą tuż nad ich głowami. Brzmi diabelnie pompatycznie, ale to chyba dobrze. W końcu to walka o przyszłość mediów, o przyszłość czwartej władzy…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑