Bo każdy wokół chcę być freelancerem

Opublikowano Listopad 17, 2013 | przez Gofrey

making-a-living-as-a-freelancer

„Freelancer”. Brzmi fajnie, jakoś tak… dynamicznie. Kojarzy się ze statkami kosmicznymi, myśliwcami wojennymi i generalnie wszystkim co najlepsze, najszybsze, najzwrotniejsze i najbardziej mobilne. Nic dziwnego, że ranga freelancer’a jest jak status Erasmusa dla napalonego junaka – dopłynąć do niego jak najszybciej, a później chwalić się nim wszem i wobec, na lewo i prawo, wśród znajomych, nieznajomych i tych dopiero co poznanych.

Freelance zmienia się we freelans. Studiujesz, imprezujesz i raz na miesiąc napiszesz znajomemu wypracowanie za trzy dyszki? Tak, myślę, że powoli możesz zaznajamiać się ze stronami opisującymi styl życia freelancera. Pracujesz osiem godzin w korpo, ale po pracy czasem pomożesz dalszej rodzinie skonfigurować komputer? „Nie jest łatwo zorganizować sobie czas, gdy jesteś freelancerem”. Jesteś absolutnie bezrobotny, bezpłodny artystycznie, skrajnie nieutalentowany i krańcowo zrezygnowany? Kurwa, chyba to właśnie o tobie piszą „wypalony zawodowo freelancer”.

Serio, nie mamy pojęcia, co takiego magicznego jest w tych kilku literach, że każdy piszący nieco obszerniejsze posty na forach licealista marzy wieczorami o pięknym, choć trudnym żywocie freelancera. Co czarującego jest w siedzeniu na dupie i organizowaniu sobie zleceń, w wiecznym pędzie, bo jak nie zrobisz, to nie zarobisz, w mieszaniu się nocy z dniem, snu z pracą, pracy z zabawą i zabawy z wymiotowaniem? Czy wizja wygłoszenia w towarzystwie tego kosmicznego zdania: „tak, jestem freelancerem” to naprawdę aż taka frajda?

Obserwuję znajomych, którzy nałogowo czytają poradniki – jak organizować sobie czas, będąc freelancerem, jak pogodzić pracę z życiem towarzyskim, gdy pojawia się więcej zleceń, jak poradzić sobie z uciążliwymi klientami i w której knajpie z gniazdkiem na laptopa najlepiej zjeść. Nie wspominam już o wszystkich popularnych facebookowych profilach stworzonych specjalnie dla tej kasty społecznej – gdyby każdy lajkujący i z podnieceniem wertujący owe strony użytkownik Facebooka naprawdę był freelancerem, gospodarka pierdolnęłaby jeszcze zanim na antenie TVN-u pojawił się pierwszy sezon „You Can Dance”.

Freelans to w sumie żadne niebezpieczne zjawisko, pomijając delikatny spadek jakości i psucie rynku przez zapychanie go nieszczególnie wartościowymi, acz wyjątkowo tanimi produktami domorosłych „wolnych strzelców”. Gorzej, gdy stanowi alibi dla lenistwa, nieróbstwa, niechęci do rzetelnej pracy, jednocześnie dając furtkę do narzekań, rozpaczań i żałosnego utyskiwania na ciężki żywot freelansera.

Tak czy owak, bez rozsądzania czy warto wybierać tę ścieżkę, czy warto się w ten sposób poświęcać i działać – w towarzystwie statusem freelancera polecalibyśmy się chwalić nie po trzecim albo czwartym zrealizowanym zleceniu, ale gdy naprawdę poznacie mocne i słabe strony takiej działalności.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑