„Boyhood”, czyli wyższy poziom realizmu

Opublikowano Sierpień 31, 2014 | przez lucky bastard

6ekeABt

Przy kompletowaniu obsady do „Boyhood” Richard Linklater pytał aktorów: „Jakie macie plany na najbliższe dwanaście lat?” Nie chodziło mu jednak o fundusze inwestycyjne czy wychowywanie potomstwa (po uprzednim spłodzeniu), ale o udział w zupełnie wyjątkowej produkcji. Takiej, w której co roku ekipa spotyka się na planie zdjęciowym i realizuje scenariusz będący zagadką dla wszystkich.

Jakkolwiek patrzeć, w 2002 roku trudno było przewidzieć, jak będzie wyglądać rzeczywistość kolejnych dwunastu lat. Fabuła była więc pisana na bieżąco, z uwzględnieniem najważniejszych wydarzeń, nastrojów w społeczeństwie i nowinek technicznych. Głównym założeniem Linklatera z pewnością była autentyczność przekazu. Efekt? Wrażenie jest takie, że nie ogląda się filmu, lecz prawdziwe życie.

Głównego bohatera Masona poznajemy jako 6-letniego chłopca, który na przestrzeni całego filmu zmienia się w 18-letniego mężczyznę – pijącego, palącego i regularnie uprawiającego seks. Siłą „Boyhood” jest naturalna przemiana bohaterów, która nie jest wynikiem pracy charakteryzatorów, ale upływu czasu. Nie mamy więc sztucznej siwizny, dorysowanych zmarszczek i doklejonego sadełka, przez co w trakcie oglądania nie towarzyszy nam uczucie, że ktoś próbuje nas oszukać. Efekt osiągnięty przez Linklatera jest po prostu niesamowity. To tak, jakby w niecałych trzech godzinach zgrabnie zamknąć osiem filmów „Harrego Pottera”. Albo – co bliższe polskiemu widzowi – jakieś 2000 odcinków „Klanu”.

WIggrg6

O czym jest „Boyhood”? Jak sama nazwa wskazuje, o dzieciństwie i dojrzewaniu, o pewnym zamkniętym cyklu. Nie zobaczycie tu wiele sensacji, jak strzelaniny, pościgi czy wojny gangów. Jedną z groźniejszych sytuacji jest sprzeczka Masona z dwoma kolegami w szkolnej toalecie. Do rękoczynów jednak nie doszło. Jest za to wiele momentów, w których można pomyśleć: „miałem to samo”. Proza życia w najlepszym wydaniu, pełna codziennego humoru, ale też problemów i goryczy.

Linklaterowi udało się zbudować niesamowity klimat. Każdej odsłonie tej 12-letniej historii towarzyszy dopasowana do czasu muzyka, a ludzie żyją problemami danej chwili. Dojrzewanie pokazane jest maksymalnie wiarygodnie, chociażby poprzez odpowiednio dobrane proporcje mądrości i głupoty, jakie każdy młody człowiek spotyka w swoim życiu. W jednej scenie mamy więc rozmowę w ciemni, podczas której nauczyciel stara się naprowadzić Masona na właściwe tory w życiu. Chwilę później, już w szkolnej ławce, kolega pyta: „Co tak długo tam siedzieliście we dwójkę? Postawił ci chociaż obiad przed bzykaniem?” Jakbyśmy znowu chodzili do szkoły.

Być może film jest trochę przeciągnięty, momentami ociera się o banał i w pewnych fragmentach przynudza. Nie zmienia to faktu, że Linklater – w sposób bezdyskusyjny – zmusza widza do refleksji. Ukazuje życie z perspektywy rozwiedzionych rodziców oraz dojrzewających dzieci. Każdy może wyciągnąć z tego coś dla siebie, przypomnieć sobie pewien okres lub zobaczyć, jak może wyglądać najbliższa przyszłość. Dwanaście lat życia rodziny Masona z pewnością zawiera fragmenty wspomnień każdego z nas.

Film Linklatera już osiągnął sukces. W Stanach, na miesiąc po premierze, zdążył zarobić osiem milionów dolarów, czyli mniej więcej trzy razy więcej, niż poniesione nakłady. Nie mamy wątpliwości, że „Boyhood” sprawdzi się też na polskim rynku. Warto się na niego wybrać chociażby dlatego, że takiego obrazu w historii kina jeszcze nie było. A na inną produkcję tego typu lub ewentualny sequel trzeba będzie poczekać aż do 2026 roku.

Komentarze

Szanse na sequel
Poświęcenie aktorów
Emo style
"Nie róbcie operacji plastycznych, bo mój film straci sens"

Podsumowanie: "Boyhood" to rodzaj filmu, jakiego jeszcze nie było i raczej już nie będzie.

3


Ocena użytkowników: 3.9 (13 głosów)



Back to Top ↑