Brudne dziecko tego kraju, w brudnych butach i brudnym ubraniu

Opublikowano Czerwiec 27, 2013 | przez Gofrey

 lodz4

 

Jak zapewne zauważyliście na Wyszło przybywa autorów, przybywa tekstów, przybywa punktów widzenia, różnicują się nasze poglądy, różnicuje się również tematyka, którą poruszamy. Nowego autora, zanim zacznie regularnie publikować, poprosiliśmy o krótką wizytówkę. Przysłał swój tekst sprzed pół roku, który pewnie część z was miała już okazję przeczytać w dziale „Nie na temat” na Weszło. Naszym zdaniem – w ogóle się nie zdezaktualizował.

Ciężko zacząć tekst, w którym chce się przekazać obserwacje i wnioski z kilkunastu długich lat. To tak, jak opisywać swoją rodzinę, czy najlepszego przyjaciela – kolejne przemyślenia, refleksje, jakieś niuanse, poboczne wątki wpadają do głowy, ale diabelnie trudno jest to wszystko uporządkować w logiczną całość. Dłużej jednak czekać zwyczajnie nie wypada, nie w takich chwilach, gdy nagle z zatęchłej, oblepionej pajęczynami piwnicy ktoś wyciąga nas wprost na sklepową witrynę. The Sun wpadło do mojego miasta z aparatem i pokazało je bez photoshopa (stwierdzili w swoim artykule, że miasto jest kompletnie wymarłe, bo wszyscy mieszkańcy… przenieśli się do Anglii – http://prawo.rp.pl/artykul/757729,967481-Wladze-Lodzi-chca-pozwac-do-sadu-redakcje–The-Sun-.html).

Niektórzy twierdzą, że banalnie, że w zmanipulowany sposób, z pominięciem zalet, że reportaż robiony od razu pod tezę. Możliwe. Z drugiej jednak strony przypomnijmy sobie nasze łódzkie rozmowy. Ja pamiętam co najmniej jedną, o tym, która z ulic jest „najgorsza”. Spór przy piwie, wśród znajomych i padają kolejne nazwy: Limanowskiego, ona najgorsza z całej Łodzi! Nie, Pomorska, tam gorzej. Albo Abramowskiego! Włókiennicza! Wschodnia! Gdańska, Legionów, Mielczarskiego i… właśnie. Nie za dużo tych „najgorszych ulic”?

Prawda jest taka, że Łódź to miasto wyjątkowe i specyficzne, wymykające się wszelkim klasyfikacjom. Nie jestem obieżyświatem, który zwiedził każdy najmniejszy pub w miastach całej Europy, ale też nie jestem odludkiem, który nigdy nie wyjechał poza granice mojej dzielnicy. Widzę, że nawet w Polsce – gdzie poszczególne miasta różnią się historią, przynależnością do określonego zaboru, potem do „Polski A” i „Polski B” – Poznań upodabnia się do Warszawy. Wrocław do Krakowa. Gdańsk do Bydgoszczy. Wszędzie powstają śródmiejskie dżungle z wieżowcami, przeszklonymi witrynami i ultra-czystymi chodnikami, które oczywiście pozostają pod 24-godzinną, czujną obserwacją miejskich kamer. Wewnętrzna różnorodność – Kraków ma Wawel, a Poznań koziołki – to i tak za mało, by uznać te miasta za unikaty w skali świata. Pewnie wyjdę na geograficznego i architektonicznego ignoranta, ale w gruncie rzeczy te nasze miasta nie różnią się diametralnie od Pragi, czy Budapesztu chociażby.

Co innego Łódź. Podobne obrazki jak w naszym centrum miasta widziałem tylko w najciemniejszych zakamarkach Pragi w Warszawie, powiedzmy że podobny klimat ma też część Katowic, w którą jednak bezlitośnie wjeżdżają coraz to nowe „Galerie Silesie” i inne w tym stylu.

Osobiście śmieszą mnie riposty – „w Londynie też są dzielnice biedy”. Dzielnice. Osiedla. Plamy na mapie. U nas takimi plamami na mapie są te nieliczne miejsca, gdzie akurat bieda i nędza nie sięgnęła. Prosty przykład – Piotrkowska. Już Sztaudynger pisał swego czasu: „To jest całą Łodzi troską, by Łódź całą zmieścić na Piotrkowską”. Co nas wita w sercu Śródmieścia? Czy naprawdę możemy być dumni z tego co dzieje się w bramach?

Odremontowane, czyste podwórza to rzadkość, większość „studni” otoczonych ze wszystkich stron kamienicami to gotowe scenografie na horror postapokaliptyczny. Jadąc Kościuszki, jedną z głównych arterii miasta, mija się więcej pustostanów i zdezelowanych budynków grożących wyburzeniem, niż obchodząc na piechotę całe śródmieście dowolnego innego polskiego miasta. Żeby zobaczyć się twarzą w twarz ze szlachtą osiedli, tą która nie opuszcza swoich posesji na przyblokowych ławkach, nie trzeba drałować aż pod granice centrum, na dzielnice owiane złą sławą. Wystarczy skręcić z najbardziej prestiżowej ulicy w dowolne jej przecięcie.

Centrum Handlowe Manufaktura, nasza duma i sława, graniczy z ulicą Ogrodową (na której spokojnie można by nakręcić ponownie „Ziemię Obiecaną”, bez żadnego „postarzania” ulicy) oraz Żytnią, która… jest pokryta „kocim łbem”. Nie, nie ma to funkcji takiej jak w Krakowie, gdzie czujesz się przeniesiony żywcem do epoki królów. Tutaj po prostu ktoś zapomniał to zrobić. Z jednej strony kamienice, z drugiej strony pole (bo stojące w tym miejscu kamienice wyburzono, a teren po nich zostawiono odłogiem), a na środku „kocie łby”. I gdzieniegdzie w tych okolicach starsze kobiety, które zaiwaniają do studni po wodę. XXI wiek, kilkadziesiąt metrów od największego w Europie centrum handlowego.

Wymieniać tak można w nieskończoność, głośny przykład z ostatnich miesięcy – teren przeciwległy do Pałacu Poznańskiego, najpiękniejszego zabytkowego obiektu w tym mieście. Wychodząc na balkon w tej posiadłości łódzkiego fabrykanta do niedawna można było zobaczyć po drugiej stronie… mur. Niektórzy nazywali go murem chińskim (foto: fotopolska.eu)

Łódź1

Bez jaj, dwadzieścia metrów od symbolu Łodzi, który występuje na wszystkich pocztówkach z tego miasta stały rudery zapomniane przez Boga, świat, ale przede wszystkim przez władze miejskie. Teraz zniknęły, a na ich miejscu utworzono parking. To jednak jeszcze nie jest klucz do zrozumienia specyfiki Łodzi. Kluczem jest to, że wyburzenie tych ohydnych, haniebnie wyglądających ruder przyjąłem (a pewnie wraz ze mną sporo innych lodzermenschów)… ze smutkiem.

Stek narzekań na Łódź, które zawarłem wcześniej to bowiem spojrzenie obiektywne, z zewnątrz, takie, jakie miał zapewne reporter „The Sun” wjeżdżając w ten pokraczny wytwór rewolucji przemysłowej.

Ja, łodzianin, który urodziłem się w szpitalu nie wyglądającym z zewnątrz o wiele lepiej, niż reszta miejskiej mizerii, który chodziłem do szkół pamiętających wczesny komunizm, który jeździłem od dziecka na stadion, który już w końcówce lat dziewięćdziesiątych nadawał się wyłącznie do wyburzenia mam kompletnie inny punkt widzenia. Inny układ odniesień.

 

Czym bowiem byłaby Łódź, gdyby pozbawić jej tych ruder? Gdyby na Piłsudskiego wybudować Old Trafford, a na Unii 2 nowe Santiago Bernabeu? Gdyby na Piotrkowskiej, pod okiennicami Irish Pubu, nie siedziałby nikt zmarznięty, pragnący ogrzać się w powietrzu wylatującym z kuchni tej uroczej restauracji? Gdyby z Manufaktury wychodziło się równym chodnikiem na ulicę bez dziur, po której śmigałyby autobusy, które nie trzęsą? I wiozłyby nas na zamknięte osiedla, zbudowane według najnowszych wytycznych architektonicznych dążących do wybudowania idealnego, szklano-szarego sześcianu?

Łódź to miasto, którego cały klimat tworzy właśnie brzydota, a raczej zakamuflowane, zakurzone piękno. Od jakichś ośmiu, może dziesięciu lat, staram się poruszać po nim możliwie jak najbardziej uważnie. Przypatruję się – nie ukrywam, to ma znamiona choroby psychicznej – każdej ruderze, zaglądam w każdą dziurę, wracając nocą idę tam gdzie najciemniej, a jeśli mam do wyboru pojechać dwa przystanki „enką” czyli nocnym autobusem, wolę przejść przez park, w którym dowolny warszawiak, krakus, czy poznaniak zapewne poczułby się jak na projekcji „Piły”, czy innego „Hostelu”.

I – daję słowo – to właśnie taka obserwacja pokazuje prawdziwe piękno Łodzi. Przykład z wczoraj, zdemolowane kamienice na Wschodniej, albo gdzieś w pobliżu, nie pamiętam dokładnie. Między balkonami na piętrze trzy płaskorzeźby – nie znam się na sztuce, ale wyglądają na niesamowicie trudne do rekonstrukcji, jakieś lwy, czy gryfy, pod nimi delikatna kolumnada. Pierwsza płaskorzeźba zachowana niemal w całości, tylko na dole przebija się cegła. Druga jest już w stanie połowicznego rozkładu, odlatujący tynk zabrał ponad połowę tego małego dzieła sztuki. Po trzeciej zostało wspomnienie i ślad tej lwiej głowy na samym szczycie.

Takich smaczków jest tutaj miliard, a najlepiej widać je właśnie nocą, właśnie w tych najbardziej obskurnych miejscach. Z daleka każda jedna kamienica na Starym Polesiu, czy Bałutach nadawałaby się wyłącznie do dyscyplinarnego wypierdolenia z miasta. Z bliska okazuje się, że co trzecią zdobią płaskorzeźby, secesyjne wykończenia, przemieszanie styli architektonicznych i jakieś barokowe ornamenty.

Wprawne oko widzi ten cholerny potencjał, który już został częściowo wykorzystany, właśnie w Manufakturze, czy na Księżym Młynie, czyli w miejscach gdzie stare fabryki zaadaptowano na nowoczesne galerie handlowe, czy lofty. Dlatego tak boli, gdy przejeżdża się przez centrum, a kolejne kamienice zostają zastąpione przez parkingi. Nawet zdezelowane, nawet grożące zawaleniem, nawet osprejowane i wypełnione doszczętnie wonią bezdomnych wędrowców są ładniejsze, piękniejsze, niż jakikolwiek szklany domek w Warszawie, czy Poznaniu. Nie dla każdego, raczej dla tych z nierównym sufitem, ale kto w Łodzi ma równy?

 

Kolejny aspekt – ludzie. Ten ukryty, przykurzony potencjał, który z daleka wygląda na zwykłe gruzowisko to nie tylko estetyka łódzkich ulic, ale i doskonała, bardzo celna metafora „tutejszych”. Nie mogę być obiektywny, to jasne, ale moim zdaniem niewiele jest miejsc tak tętniących kreatywnością, a jednocześnie tak egoistycznych, materialistycznych, skupionych na czubku własnego nosa.

Odnoszę wrażenie, że cały czas tkwi w nas ta specyficzna mieszanka z czasów Reymonta – polsko-niemiecka pracowitość, żydowska przedsiębiorczość i cwaniactwo, do tego czysto słowiańska finezja i miłość do zabawy. Pracowitość… Cóż, nigdy nie było tutaj łatwo żyć, nigdy nie było tutaj łatwo zarabiać.

Najpierw byli fabrykanci, potem bankierzy, najczęściej żydowscy, po których zresztą został w łodzianach głęboko zakorzeniony antysemityzm. Moja prababcia powtarzała, że wolała i „Szwabów” i nawet tych „chujów ruskich”, od „żydostwa”. Żydzi bowiem dali się Polakom mocno we znaki, robiąc tu na ich plecach niesamowite fortuny, obnosząc się ze swoim bogactwem, arogancko wyzyskując „Polaczków”. Ci zaś wiecznie zapieprzali i jeśli miałbym dziś wskazać na cechę, która najbardziej mnie uderza, to właśnie ta pracowitość połączona z oszczędnością i przedsiębiorczością.

Po wojnie przyszły bowiem zakłady włókiennicze Marchlewskiego i kolejne godziny do wysiedzenia w fabrykach. Praca weszła nam w krew do tego stopnia, że gdy szalały antykomunistyczne strajki, Łódź tkwiła za maszynami. Pamiętam, że raz moja babcia nieomal została łamistrajkiem, bo… nudziło jej się w pracy, już ciągnęło ją z powrotem do maszyn, a przecież nikt nie uświadamiał szwaczki, że można pracować mniej niż 14 godzin, że warto protestować, że trzeba tutaj zmian. Na chleb trzeba pracować czternaście, to pracowałaby czternaście. Pierwsi lodzermensche, o których Tuwim pisał „bycze chłopy”, zasuwali pewnie jeszcze więcej. Inna sprawa, że Łódź była doskonałym papierkiem lakmusowym dla sytuacji w kraju – gdy strajkowali nawet robotnicy w tym mieście, sytuacja była już naprawdę tragiczna.

Łódź2

Pozytywiści byliby z nas dumni, czasy fabrykanckie nauczyły nas, że koniec pracy następuje nie równo ze zmrokiem, ale wtedy, gdy oczy zamykają się już same. Jasne, nie każdy mieszkaniec Łodzi jest od razu takim lodzermenschem, ale wśród tych zakochanych w mieście pracoholizm jest bardzo popularny. No i szybkie zbieranie się po klęskach, którymi miasto jest bombardowane każdego dnia.

Kolejna wyrazista cecha: łódzka kreatywność. Mogę ręczyć, podobnie jak za pracowitość – ciężko znaleźć drugich takich kombinatorów jak łódzcy. Dotyczy to zarówno artystów – nazwijmy to – scenicznych: Lichtmana, Samokhina, Cool Kids Of Death, czy całej brygady raperów zasłużenie uznawanych za polską czołówkę, jak i tych z poziomu ulicy: sławnych w całej Polsce grafficiarzy, grupy zajmującej się muralami czyli Etam Cru, brygady innych osób dzień w dzień wprowadzających koloryt do tego szaroburego miasta. Najświeższy przykład łódzkiej kreatywności na pewno znacie z telewizji. Kto nie słyszał, że ŁKS żartuje z poważnych tematów, a Widzew bije się z myślami?

Taka jest ta łódzka kreatywność, często autoironiczna, abstrakcyjna, wrzucona w błoto, brudna i umorusana jak całe to miasto, ale jednak – doceniana. Kiedy nasze ukochane miejskie władze wreszcie zdecydowały się wypracować jakąś markę dla miejscowości, hasło „Łódź kreuje” i przyklejenie się do designu, czy nowoczesnych rozwiązań były strzałami w dziesiątkę. Nowoczesna sztuka, ta, która już zrozumiała, że odbiorcą nie mogą być wyłącznie krytycy z „Wysokich obcasów” i „Dużego Formatu”, ale także zwykli ludzie na ulicy, odnajduje się w Łodzi doskonale. Te ogromne murale, festiwale graffiti, komiksów, jakieś inne rzeczy na których nijak się nie znam. To ma sens, bo pokłady kreatywności są tu niemal nieskończone. Nawet jeśli mają zostać wykorzystane tak jak w projekcie „Miasto płynie”, które przecież z siedzibą włókienniczych gigantów rozprawiło się bezwzględnie i bezlitośnie.

 

Między wierszami w filmie pojawiają się między innymi dzieci w beczkach. Kolejna łódzka łatka, która już nigdy nie odklei się od tego miasta. Mrożące krew w żyłach historie. Rodzina, która zabiła swoje dzieci i przez kilka tygodni trzymała je w beczkach po kiszonej kapuście. Policjanci, którzy na juwenaliach wypalili z ostrej amunicji. Ryszard Cyba, który wpadł do łódzkiego biura PiS-u i pokazał do czego prowadzi brudna walka polityczna. Pawulon. Zabójstwo Domańskiego. Zaszlachtowana siekierą rodzina policjanta. Ośmiornica i jej długie macki, które sięgały daleko poza Łódź… Pechowe miasto. Typowo łódzkie gawędy…

 

Jak więc jest z tą Łodzią? Nie ma chyba lepszej odpowiedzi na to pytanie, niż szybka analiza popularnych wśród łodzian haseł. Pierwszy – robiący furorę fanpage na facebooku, który powstał krótko po krytycznym tekście jakiegoś gościa z Krytyki Politycznej narzekającego na Łódź. Nazwa profilu mówi wszystko: „nie podoba Ci się w Łodzi? To wypierdalaj”. Drugie hasło, zdecydowanie mniej popularne, pochodzi z utworu rapera Joteste. Brzmi: „Kochamy to miasto jak najlepszego zioma, bo tylko to miasto jest tak podobne do nas”.

Chyba stąd bierze się ten lokalny patriotyzm. I szczekanie na Brytyjczyków z The Sun, którzy ośmielili się obrazić naszą perełkę.

 

 

Fotografie z facebookowego fanpage’a „Bałuty”

 

 

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑