Buty – największa miłość kobiet

Opublikowano Kwiecień 23, 2013 | przez ZP

buty

Grube, szczupłe, niskie, wysokie, młode, starsze, bogate, biedne – wszystkie kobiety tego świata łączy jedno: miłość do butów. Miłość, której my, prości faceci, nie potrafimy do końca pojąć.

Mężczyzna rozumie, że powinien mieć kilka par butów. Do jeansów, garnituru, krótkich spodenek i na zimę . Powiedzmy, że łącznie w szafie będzie ich sześć do ośmiu sztuk. To liczba, która przeciętnemu gościowi wydaje się całkiem normalna.

Mężczyzna nie rozumie za to tego, co wyrabiają kobiety w jego otoczeniu: żona, dziewczyna, znajoma z pracy, siostra, mama, kochanka. Generalnie wszystkie babki, które zna i które kochają buty (to właściwie jeden zbiór). Dla mężczyzny w tej miłości nie byłoby nic złego gdyby nie jeden prosty fakt: przybiera ona gargantuiczne rozmiary.

To nie jest tak, że kobiecie wystarczy mieć w garderobie pięć, dziesięć czy piętnaście par szpilek. W życiu!

– Przecież, żebym miała pewność, że buty na obcasie przypasują mi do każdej sukienki i spodni, musi być ich ze trzydzieści – tłumaczy mi przyjaciółka. Po czym uśmiecha się słodko i dopowiada:

– No ale wiadomo, że szpilki to nie wszystko, czasem nogi bolą i trzeba założyć coś wygodniejszego, a czasem jest po prostu na nie za zimno.

No jasne, że tak! Dziewczyno – masz stuprocentową rację. Nie powinnaś ciągle szlajać się w wysokich szpilkach o długości średniego azjatyckiego penisa, ponieważ twoje seksowne stópki, które faceci tak bardzo lubią całować, by się zniekształciły.

Obowiązkowo musisz dać im odpocząć, chociażby w trampkach. A skoro już przy nich jesteśmy – to przecież nie może być tak, że masz tylko jedną parę takowych. Jest tyle fajnych kolorów i niebanalnych wzorów, że to byłaby zbrodnia. Pięć, dziesięć sztuk – o, to jest całkiem uzasadniona liczba.

W tym miejscu trzeba coś jasno zaznaczyć: nie samymi butami na obcasach i trampkami żyje kobieta. Przecież trzeba jakoś przetrwać kiedy nadchodzi jesień i – o zgrozo – zima. Najłatwiej zrobić to idąc do galerii handlowej po kozaki. Oczywiście nie ma tu mowy o szaleństwach, trzy lub cztery pary w zupełności wystarczą. Naturalnie pod warunkiem, że dokupi się jeszcze Timberlandy, które przecież tak doskonale komponują się z jeansami, no a poza tym są po prostu ciepłe, idealne na śniegi i mrozy.

Z tą zimą to trochę wyszedłem przed szereg, w sumie nie wyczerpałem jeszcze tematu lata.

Podczas tej pięknej pory roku można jeszcze obuć się w baleriny, które są takie delikatne, zwiewne, powabne. No i – niestety – mało wytrzymałe. Dlatego pięć par na sezon to absolutne minimum, niemalże granica balerinowego ubóstwa.

Są jeszcze buty, których nazwy przeciętny facet nie zna. Ja określam je na swoje prywatne potrzeby „Jezuskami” – mają odkryte pięty, palce, jakieś rzemyki na piszczeli, więc jako żywo kojarzą mi się z czasami chrystusowymi. Z nimi też nie ma co przesadzać: trzy, cztery sztuki powinny być ok.

Podliczam to wszystko: wychodzi koło trzydziestu, czterdziestu par. Że wydaje mi się to za dużo? Eeee, nie znam się i tyle. Kobieta ma swoje potrzeby i już. Jej kasa, jej nogi, ona decyduje. A że czasem woli kupić szpilki nr 20 niż pójść na drinka z koleżankami? To chyba dobrze, przynajmniej nikt mi jej nie odbije.

– Niektórych swoich butów to jeszcze nie rozpakowałam, od kilku lat leżą w pudełkach – zdradza mi dziewczyna. Do zwierzenia dochodzi w sklepie, tuż po zakupie nowej pary.

Słucham jej słów, uśmiecham się, kiwam z aprobatą głową. Czasem lepiej się nie odzywać. Jedno słowo za dużo = długo gojący się na ciele ślad po obcasie albo, co jeszcze gorsze, tygodniowe embargo na seks.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑