Być jak bohater filmu „Upadek”. Upał pobudza dzikie instynkty

Opublikowano Czerwiec 23, 2013 | przez MB

d-fens2

Pamiętacie film „Upadek” z Michaelem Douglasem? Jest upał, olbrzymi korek, kierowca z naprzeciwka jest bardzo niemiły. Główny bohater dostaje świra i zaczyna niszczyć wszystko, co stanie mu na drodze. Przy obecnych temperaturach warto sobie uświadomić, że William „D-Fens” Foster może być w każdym z nas. We mnie na pewno. Poniżej lista rzeczy, które wyprowadzają mnie z równowagi podczas pobytu „na mieście”.

Skwar i ukrop działają na mnie jak płachta na byka. Dlatego, to co w tej chwili ma miejsce w całym kraju, jest dla mnie największym koszmarem i czynnikiem najbardziej stresogennym. Szczególnie, że przynależę do kampanii „Lato w mieście”.

Komu przeszkadzały chłody i okazyjne deszcze? Od kilku dni mam wrażenie, że natura działa złośliwie. I najchętniej wyrwałbym jej nerkę, tylko chyba się nie da.

W takich okolicznościach najgorsze co może być, to podróż komunikacją miejską. Nie chodzi już nawet o „aferę smrodową”, rozpętaną przez Marcina Mellera. W autobusach i tramwajach jest zwyczajnie nieprzyjemnie. Nie wszystkie jeszcze są klimatyzowane, a nierozsądni pasażerowie zapominają o czynności otwierania okien. W godzinach szczytu, kiedy bydła jest najwięcej, ostatnie o czym marzę to dotyk cudzego tyłka na swojej twarzy. Przy trzydziestu stopniach, taka podróż graniczy ze sportem ekstremalnym.

Do czynników klimatycznych dorzucić należy czynnik ludzki. Zidiociała młodzież słuchająca Peji z komórek, koledzy Peji drący japy na cały wagon, Cyganie brzęczący na swoich harmoszkach, no i wszechwładne kanary, to dopiero są skurwysyny.

Wcale lepsze nie okazują się piesze spacery. Przedostanie się z punktu A do punktu B w pełnym słońcu to nie lada wyczyn. Najbardziej irytujące są przejścia dla pieszych, na których trzeba przestać nieskończoną ilość minut i grzać sobie dekiel. W dużych miastach jest ich więcej niż samych pieszych.

Z kolei pieszych jest więcej niż moich zapasów cierpliwości. Chodzą trójkami, czwórkami na szerokości całego chodnika i za chuja nie da się ich wyminąć. Zaburzają mój rytm chodu i wkurwiają pod niebiosa. Tak samo jak ci, którzy zatrzymują się na środku chodnika w najmniej spodziewanym momencie. Najczęściej po to, by zawiązać sobie buta. Wówczas kraksa murowana. Wpadam na gruby zad pani Marioli i jeszcze przepraszać muszę, bo jej ziemniaki z siatki wypadły.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta sama Mariola wepchnie się przede mnie na poczcie z tekstem „Przepraszam, ja się chciałam tylko o coś zapytać”. A ja tylko chcę kopnąć Cię w dupę i wyjebać na koniec kolejki. To samo jest w poczekalniach u lekarzy, fryzjerów oraz w sklepach spożywczych. W tych ostatnich najczęściej słyszę: „bardzo przepraszam, tylko mleko kupuję, a nie mam czasu tak długo czekać”. Ha, niedoczekanie!

Inna sprawa, że babinka faktycznie będzie musiała długo sterczeć w tej kolejce. W hipermarketach na tryliard pięćset zainstalowanych kas, zazwyczaj działają góra trzy. W mniejszych punktach z wszystkich pięciu – jedna. Nigdy nie będę w stanie ogarnąć tego trybu zmianowego.

Może ze mną jest coś nie tak (z „D-Fensem” na pewno było), może jestem zbyt niecierpliwy i niewyrozumiały, ale gdy kilka powyższych sytuacji zbiega się w czasie, mam ochotę sięgnąć jak Douglas po bazookę i rozpieprzyć wszystko w drobny mak. Dać komu ostrzegawczą tubę w nos, być ordynarnie niemiłym dla powolnej kasjerki, przygłupa z tramwaju w zamknąć w odosobnieniu o chlebie i wodzie. Oczywiście nigdy nic takiego nie zrobię (chociaż kto wie…), ale nie wydaje mi się, by mój przypadek był wyjątkiem. Nie raz, nie dwa, prozaiczne sytuacje zestawione ze skrajnymi okolicznościami (turbowysoka temperatura) wystawiają człowieczeństwo na ciężką próbę.

A to dopiero początek lata.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑