Byłem na evencie słynnego Tony’ego Robbinsa. Pranie mózgu za dwa tysiące?


Opublikowano Marzec 26, 2015 | przez Tomas

robbin

Jestem po jednym z najciekawszych doświadczeń w życiu – miniony weekend spędziłem na wielkim evencie Tony’ego Robbinsa. Coacha, inspiratora i motywatora ze ścisłego światowego topu, który pierwszy raz zajrzał do Polski, co nie może dziwić bo jego książki sprzedają się u nas bardzo dobrze.

Na wstępie wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: nie jestem ślepo zapatrzony w coaching. Nie wierzę, że przeczytanie książki – a czytałem choćby Ekera czy Schafera – odmienia ludzkie życie. Uważam za to, że dobrze jest bliżej poznać psychologię, lepiej zrozumieć ludzki umysł, a raczej własny umysł. Bo właśnie o dotarcie do źródeł własnych przekonań, wierzeń i schematów – poprzez które tworzymy swoje ograniczenia i limity – tutaj chodzi. Ot, dobrze jest być świadomym pochodzenia myśli, które kształtują nasz charakter. Tylko tyle i aż tyle.

Aż tyle, bo to cenna w życiu wiedza. Tylko tyle, bo to tylko książki. Jedna podobna do drugiej, a każda jako „jedyna i wyjątkowa”, która „odmieni ciebie i twoje życie”.

Na szkolenie do Poznania (najtańsze bilety kosztują prawie dwa tysiące) jechałem  z nastawieniem, że to wszystko co przeczytałem być może nabierze autentyczności, bo wydarzy się na żywo, z wyjątkową forma przekazu i wzrostem treści. Chciałem sprawdzić, czy i jak jest w stanie zmienić mnie światowy guru rozwoju osobistego. No i na ile ulegnę praniu mózgu…

***

Rzucam pracę w korpo! Rzucam pracę w korpo! – słyszę w wielkim tłumie. To głośne krzyki na oko 30-letniej dziewczyny, która dynamicznie podskakuje i z całych sił wymachuje ręką. Jest pełna energii, emocji i szczęścia. Już wie, że to szczęście da jej odejście z korporacji. Ona już to poczuła, już jest wolna, już postanowiła. Zrobi to. Krzyczy, że to zrobi. Wierzy, że to zrobi. Wierzy w siebie.

Jest środek szkolenia, kulminacja emocji. Rozpoczęliśmy już drogę w głąb samych siebie celem zrozumienia, dlaczego robię to, co robię. Jesteśmy też po ocenie jakości swoich siedmiu obszarów życia i przemyśleniach, które z nich zadowalają, a które rozczarowują. Mamy świadomość, co kochamy, a czego nienawidzimy.

Ta dziewczyna nienawidzi tego, co robi na co dzień. Nie odkryła pewnie tego dziś, nie zrozumiała tego pod wpływem Robbinsa. Ale już on pomógł jej zrozumieć, że można to zmienić. Sprawił, że uwierzyła w siebie. Sprawił, że poczuła, jakiej potrzebuje drogi do szczęścia.

Rzucam pracę w korpo! – oto jej świeża decyzja i postanowienie. Miała je wykrzyczeć. I wykrzyczała z takimi emocjami, radością (bo to już koniec) i złością zarazem (bo tak ma dość), że pewnie faktycznie to zrobi. Wykrzyczała gotowość do życiowych zmian.

***

Powiem szefowi, żebym zamiast ośmiu godzin pracowała sześć. Zgodzi się. Mogłabym też codziennie wstawać wcześniej, o godzinie 6. Szybki trening i do pracy. Albo… No, albo otworzę własny biznes. Kiedyś już o tym myślałam, teraz te myśli wracają – opowiada mi inna dziewczyna, jeszcze przed trzydziestką, panna, manager sprzedaży w IT.

Chwilę wcześniej miała wybrać obszary życia, z których zadowolona jest najmniej. Wybrała: czas. Nie ma go na nic, haruje od rana do późnego popołudnia, zostają weekendy, a czasem nawet i nie. Chciałaby tego czasu więcej, dla siebie. Zdała sobie właśnie sprawę, co mogłaby dzięki temu zrobić, o ile byłaby szczęśliwsza. Teraz ma się jeszcze mocno nad sobą zastanowić i znaleźć trzy możliwe rozwiązania. I wskazuje: otworzyłabym własną firmę.

Spoglądam z niedowierzaniem i myślę o dwóch sprawach. Po pierwsze, spróbuj to powiedzieć szefowi, który na Robbinsa za swoją kasę cię wysłał. Po drugie: ciekawa teoria, że prowadzenie własnego biznesu będzie mniej czasochłonne.

***

Czytając ten tekst, pewnie ironicznie się uśmiechacie. Siedem tysięcy ludzi jedzie na dwa pełne dni, płaci prawie dwa koła za słuchanie jakiegoś gościa. Gościa, który nakłania ich do zrozumienia samego siebie, poznania pochodzenia własnych przemyśleń i tego, kim jesteśmy. No i powtarza, że niemożliwe nie istnieje. Pranie mózgu, nic więcej.

Ale pod samym stwierdzeniem, że niemożliwe nie istnieje, kryje się więcej niż puste hasło. Coś, co niemożliwe jest dla ciebie, może być możliwe dla mnie. Albo na odwrót. Niemożliwe jest jedynie to, co wykracza poza nasze codzienne rozumienie życia. Wszelkie ograniczenia, jakie istnieją, to efekt tego, jacy po prostu jesteśmy. Efekt tego, co kiedyś zakodowaliśmy sobie w głowie, co przeżyliśmy, co wpoiło nam do głowy środowisko, co przekazali rodzice.

2zivkly

Robbins wyciągnął z publiczności dziewczynę i zapytał:

– Kim jesteś? Zdefiniuj siebie jednym słowem.
– Córką.

Zobaczcie, jak wiele jedno słowo może powiedzieć o człowieku.

– Który z rodziców wywarł na ciebie większy wpływ?
– Mama.
– Jak mama chciałaby ciebie postrzegać? Jako jaką osobę?
– Uporządkowaną, punktualną.
– A nie chciałaby, żebyś była jako osobą?
– Nie chciałaby, żebym była gwiazdą.

Jak myślicie, jest taka w życiu? Pewnie, że jest. Takie wartości wpoiła jej mama, to od niej pochodzi kształt niektórych aspektów tej dziewczyny. Nie jest to złe, nie jest dobre. Ja przynajmniej nie oceniam. Dobrze jest być tego świadomym. Łatwiej o jakiekolwiek zmiany.

Zresztą, przetestujcie na sobie, jak wiele i jakie wartości wpoił wam rodzic, z którym czujecie bliższą więź. Może zjawisko młodzieńczego buntu odcisnęło większe piętno, ale coś w tym naprawdę jest.

***

Dobra, sam też się otworzę…

Poznałem ostatnio kilku ciekawych ludzi – około czterdziestki, ukształtowani, doświadczeni, opowiadali na przykład o tym, jak przed laty założyli sobie jeden cel: wybudują dom. Dobrze zarabiali, dorzucili kredyt i te domy dziś mają (gwoli ścisłości, z niespłaconymi do końca kredytami).

A wiecie, co? Ja bym własnego domu nie chciał. To znaczy, chciałbym, nawet bardzo, czasem powiem komuś o tym na głos, ale siebie w takim położeniu nie widzę. Wychodzę poza swoją strefę komfortu, trochę mnie to przeraża. Sam dom może i jakoś bym wybudował, ale nie widzę, że go utrzymuję, że spędzam w nim czas. Nie pasuję na tym wyższym poziomie, za którym własny jednorodzinny dom właśnie uważam. To dla mnie szczyt.

I naszła mnie myśl (ale dopiero po szkoleniu): to wynik tego, jak zostałem wychowany. Czyli w sposób skromny i z przekonaniem, jak ważna jest ciężka praca. I przypomniałem sobie rodziców – ciężko pracujących, wyjeżdżających nawet za chlebem za granicę. Teraz mają mieszkanie, nieduże, w bloku, z kredytem. Utkwiło mi w głowie, że ciężko pracując doszli do pewnego pułapu. A ja, z wartościami o sumiennej i ciężkiej pracy, tego pułapu nie mogę przeskoczyć.

Dziś widzę siebie we własnym domu. Zrozumiałem, skąd miałem tę dziwną, nietypową myśl. Mam nad nią kontrolę. Nie, nie skaczę dziś z radości i nie głoszę, że ten dom zbuduję. Na razie zwalczyłem myśl, że wykracza on poza moje możliwości. Wizja, której się obawiałem, stała się realna i przyjazna. To krok w stronę innego podejścia i myślenia.

***

– Kto z was czuje się nieatrakcyjny? Podnieście ręce… O, poproszę ciebie, żebyś wstała. Powiedz, dlaczego czujesz się nieatrakcyjna.
– Bo mam 29 lat.
– A jakbyś miała 28? Czułabyś się wtedy atrakcyjna?
– …
– No dobrze, dlaczego jeszcze czujesz się nieatrakcyjna?
– Bo jestem singlem.
– Czyli jakbyś nie była singlem i miałabyś 28 lat, to czułabyś się atrakcyjna? Czułabyś się szczęśliwsza i pewniejsza siebie?

Ha. Takie głupie, że aż mądre. W sumie to zwykły banał, nic więcej. A jednak dziewczyna – dodatkowo przy odpowiedniej reakcji publiczności – coś zrozumiała. Choćby to, że źródło jej przekonania jest błahe. Pomyślała, że powody, przez które uważa się za nieatrakcyjną, znaczą niewiele dla niej samej.

Nie twierdzę, że Robbins ją dotknął i nagle stała się atrakcyjna. Wystarczy, że atrakcyjna się poczuje. A to już większa pewność siebie, odwaga, uśmiech, czyli… coś, co przecież atrakcyjnymi nas czyni.

***

Nietypowy był to event. Z jednej strony taki, który momentami poruszał i dotykał. Ludzie się poznawali, zaczynali się przed sobą otwierać i delikatnie zwierzać. To wywoływało domino: kto nie zwierzył się komuś, zrobił przynajmniej rachunek sumienia. A o to chodziło, o bliższe poznanie siebie – raz, że w życiu codziennym, dwa, że pod kątem biznesowym (to jeden z celów szkolenia).

Z drugiej strony, Robbins to nieprawdopodobny produkt w cukierkowym opakowaniu. O posturze Tarzana i z białymi jak mleko zębami. Niesamowity mówca, z kapitalnie wykształconymi technikami manipulacji, których nie byłem sam w stanie wychwycić. Na tej scenie wyglądał jak przemawiający pastor. Co jakiś czas klaskał, uderzał w klatkę piersiową – słychać było dźwięk niemalże rozbijającej się skały. Siedem tysięcy ludzi na jego życzenie skakało, krzyczało i tańczyło.

tony-robbins-sorkin-videoSixteenByNine600

– Say yes! – wołał Robbins.
– Yeeeess! – odkrzykiwał mu każdy.

Nie że raz albo dwa. Tak było co chwila, przez dwa dni… Niebywałe, serio. I trudne, cholernie trudne do oddania w tym tekście.

Ktoś powie: pojebani. Być może, pewnie tak. Małe ludziki zebrały się w kupie i wpatrywały się w swojego Boga. Z tą różnicą, że był to Bóg rozwoju osobistego. Tańczyli (bo tańczyli) tak, jak im zagrał. Skakali tak, jak im kazał. Robili ćwiczenia tak, jak im mówił, a – wierzcie mi – ćwiczenia były momentami mocno rąbnięte.

Tylko, że to wszystko – tak przynajmniej mi się wydaje – miało jeden cel. Wywołać u ludzi jak najwięcej pozytywnej energii, wzbudzić w nich radość. Niech zrozumieją, co daje im prawdziwe szczęście w życiu. Niech do tego dążą. Niech uwierzą, że mogą.

I może to gadanie trochę banalne, może mnie nie odmieniło, ale pozwoliło spojrzeć na wiele rzeczy inaczej. Dostałem porządnego energicznego kopa w dupę. Fajne to było.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑