„Carrie” – chłam, który straszy tylko swoim istnieniem

Opublikowano Październik 22, 2013 | przez Deszczowiec

carrie

 

Wiecie za co kocham Sapkowskiego? Na przykład za językowe bon moty. Kiedyś w Sadze o wiedźminie padło o jednym z potworów takie zdanie: „Więcej o nim pisać nie będziemy, albowiem zaprawdę powiadam wam: szkoda słów tracić na kurwiego syna”. Każdy normalny dziennikarz powinien użyć podobnego tekstu w puencie recenzji  filmu pt. „Carrie”.

Kiedy usłyszałem, że powstaje nowa ekranizacja jednej z moich ulubionych powieści Stephena Kinga, coś mnie tknęło. Pomyślałem sobie: po jaką cholerę kręcić jeszcze raz film, który już został zrobiony, i to całkiem fajnie? Ale, powodowany ciekawością, poszedłem do kina. I teraz bardzo tego żałuję.

„Carrie” a.d. 2013 jest filmem złym. Bardzo, bardzo złym. Zła jest w nim gra aktorska głównej bohaterki, która nijak ma się do Sissy Spacek z nakręconego 37 (!) lat temu oryginału. Zła jest zresztą gra w zasadzie wszystkich, poza Julianne Moore. Co skłoniło tę całkiem utalentowaną aktorkę do zagrania w tej szmirze nie wiem i wiedzieć w sumie nie chcę.

Złe jest to, że obraz ten niczym nie potrafi zaskoczyć. Wszystko zbudowane jest na kliszach, kalkach, uproszczeniach lub stereotypach. Mamy dojrzewającą Carrie, terroryzowaną przez obłąkaną religijnie matkę, mamy głupich/ złych/ nawróconych nastolatków, mamy szlachetną ale samotną nauczycielkę… Wszystko to było. Ale najgorsze jest w tym filmie co innego. Reklamowana jako horror „Carrie” W ŻADNYM MOMENCIE NIE STRASZY. Przez 100 minut ani razu nie skurczyłem się w kinowym fotelu, ani razu nie odwróciłem wzroku, a zamiast jęku strachu był tylko rechot. Nie tylko mój zresztą, z tego co słyszałem na sali kinowej… A dramat? Może zamysły były. Dramatyczny był jednak tylko efekt finalny.

Nowa wersja jest filmem straszliwie spłyconym. Z kingowskiej rozprawy o samotności i buncie dojrzewającej, niszczonej psychicznie dziewczyny zrobiono oglądadło popołudniowe.Psychologia postaci, którą Brian de Palma ładnie zarysował, tutaj niemal nie istnieje. Nie ma niedomówień, mrugania okiem do widza, jakiejkolwiek chęci analizy. Chlast, prast, kawa na ławę, dziękuję, proszę opuścić salę. Tym to dziwniejsze, że reżyserką filmu jest Kimberly Pierce. To ona nakręciła bardzo dobry, oscarowy „Nie czas na łzy”. Niesamowite…

Reasumując: czas spędzony w kinie mogłem spożytkować w jakikolwiek inny sposób. Tresując kolonię mrówek, ucząc się gry na gitarze nosem albo robić cokolwiek innego, równie idiotycznego.

Cesarz rzymski Tytus zwykł był mawiać „diem perdidi”, czyli „zmarnowałem dzień”, kiedy w ciągu danej doby nie zrobił żadnego dobrego uczynku. Ja przynajmniej zjadłem w kinie trochę naprawdę niezłych rodzynek w czekoladzie. Poza tym czuję zażenowanie. Takie, jakie czuje się po zaplamieniu białego obrusa niedoszłej teściowej barszczem. I wyjść głupio, i w oczy spojrzeć strach.

Komentarze

Strach widza
Zażenowanie widza
Spłycenie fabuły
Pomysł na nową adaptację

Podsumowanie: Wyjątkowy shit. Pod żadnym pozorem nie idźcie na to do kina.

3


Ocena użytkowników: 1.9 (26 głosów)

Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑