Cebulak na salonach: wyprawa do fabryki, czyli jak to być śmieciem wśród buców w garniakach

Opublikowano Czerwiec 13, 2013 | przez cebulak

boga

Mam 21 lat. Jestem cebulakiem, jakkolwiek to brzmi. Innym wmawiam, że bardziej słoikiem, jeszcze innym, że śmieciem. Przed kilkoma dniami zrezygnowałem ze studiów (w myślach, bo dziekanat nadal omijam), chcąc uniknąć brutalnego wygrzmocenia. Prawie jak Tomasz Hajto w Jadze.

Żyję z kredytu studenckiego (który wypłacą mi po raz ostatni w lipcu) i tego co zarobię w wymarzonej pracy, do której powracam – poniekąd z litości szefa, z braku możliwości i dalszych perspektyw. Pewnie mnie wkrótce wyjebią, ale gdybym tam teraz nie wskoczył, zostałby Dworzec Centralny. Miejsce, w którym przed kilkoma dniami wylądowałem – ku własnemu zdziwieniu – w marynarce.

Pare dni wcześniej siedzieliśmy na lunchu z bossem. Obiadku z cyklu – „dobra mina do złej gry”. Czyli z jednej strony zgodziłem się na wyjście jako pozorny król życia, ale w międzyczasie szepnąłem do towarzysza, żeby wsparł banknotem. Jechałem już na oparach kredytu studenckiego i w żaden sposób nie mogłem zakładać, że zadłużenie na pastę carbonara zwróci się z nawiązką (a przynajmniej miało się zwrócić)…

– Słuchajcie, dostałem jakieś zaproszenie na wyjazd do firmy X (z szacunku nazwę przemilczę, skoro – uprzedzając fakty – nawpierdalałem się za darmo). Nie mam pojęcia, o co im chodzi, ale jakieś zwiedzanie fabryki, bankiet. Nie chcę mi się jechać samemu, ktoś w to wchodzi? – zaczął szef.

Udałem niezbyt zachęconego (w głowie w międzyczasie zaszumiało z ekscytacji) i burknąłem jakby od niechcenia: – Nie mam specjalnie nic do roboty, mogę jechać.

Szef o dziwo nie zripostował na zasadzie „Jak to, kurwa, nie masz nic do roboty, skoro to twój normalny dzień pracy” i skinął głową. A więc witałem się z gąską. Deadline: wtorek 8:20, miejsce: Dworzec Centralny, kierunek: Małopolska.

Ruszamy. No, prawie, bo wszystko nie było takie proste i z nerwów od potu zaczęły się kleić ręce.

Po pierwsze: bez marynarki nie miałem tam czego szukać. Z jednej strony plus był taki, że przynajmniej ją posiadałem, bo kupiłem zaledwie tydzień wcześniej za resztki pieniędzy. Z drugiej – jedno wyjście sprawiło, że zarzygany rękaw trzeba było jakoś przywrócić do stanu używalności. A więc pralnia. Konsekwencja inicjacji z openbarem. Dramat na kółkach, zgon, wyprowadzanie przez korytarz jednego ze znanych stołecznych klubów, przy okazji zgubiony telefon. Picie nie jest dla odważnych, a dla rozsądnych, więc z góry wiedziałem – w Krakowie niby alkohol za darmo, ale będę się kontrolował. A zatem już pierwszy minus.

Przed podróżą zostały jeszcze spodenki – a jakże by inaczej, upierdolone tego samego wieczoru, siedem dni wcześniej. Kiedy odebrałem już marynarę (30 zł w plecy, ale doprana), zacząłem nerwowo wydzwaniać do dziewczyny. Dziesięć minut do zamknięcia Promenady, wycieczka do Super-Pharmu, dałem się jeszcze bezmyślnie zrobić w bambuko i kupiłem najdroższy z możliwych płynów do czarnych tkanin. Persil. Koszt? Około 30 złotych, więc już sześć dych w plecy.

Nic jednak nie miało prawa się już spierdolić, gdyby nie prośba kolegi, żebym pomógł mu z tekstem i porobił do niego jakieś grafiki. Jedyną opcją był wjazd do dziewczyny – miała myszkę i Photoshopa. Robiło się pod górkę, bo mieszkam w centrum (dzięki finansowemu wsparciu rodziców), a tak musiałem rano nadciągać z Pragi Południe. Ale dobra, budzik gotowy na 6:00, o ile telefon pożyczony od brata nie nawali.

Nawalił.

Otworzyłem oczy o 7:40 i z nerwów zacząłem się trząść, krzyczeć, wrzucać wszystko chaotycznie do torby.

Ostatnia deska ratunku – kochana mieszkała pod postojem taksówek. Pomyłka w ocenie szans, wsiadłem w taryfę o 8:04, odjazd pociągu o 8:20. W międzyczasie telefony od szefa, że jestem nieodpowiedzialny. Błagalnym spojrzeniem prosiłem taksówkarza o wrzucenie piątego biegu. Cud, zdążyłem i na odchodne (nabiło 27 pln na taksometrze) rzuciłem mu cztery dychy (więc byłem już stówę w plecy w ramach przygotowań do eldorado). Ale dojechałem.

Przybiliśmy piątkę, ciśnienie spadło. Wylądowaliśmy w warsie, ja od nadmiaru emocji chciałem już rzygać, w dodatku przez taksówkarza nie miałem w kieszeni już żadnych pieniędzy (udałem, że wcale nie mam ochoty na jajecznicę – i tak wisiałem mu już jeden obiad i nie chciałem na nic naciągać). Podróż jakoś minęła, wyczyściłem głowę z przeróżnych myśli, ochłonąłem. Choć boss kpił, że telepie się jak menel z delirką.

Hordę mądrali wszelkiej maści (dziennikarzy branżowych, nie, nie sportowych, do dziś nie znamy celu podróży) odebrano w Krakowie i wpakowano w autobus.

I tu już mogę powoli wyjaśnić – jak to być cebulakiem na salonach? Dziwnie. Nigdy nikt nie dbał o to, żebym miał dobre samopoczucie, żeby nie spadła na mnie ani kropelka deszczu (na wypizdowie za Krakowem zaczęła się ulewa, a autokar z ważnymi gośćmi niemal wjechał do fabryki na prezentację, żeby przypadkiem nikt nie ucierpiał). Fajne uczucie, zwłaszcza, że tydzień wcześniej kupiłem w Rossmanie parasol za 10 złotych, a ten od naporu wiatru złamał mi się jeszcze pod blokiem.

Gadka szmatka, wykład o ciśnieniu gazów, kamizelki z napisem „visitors”. Goście robiący zdjęcia z osprzętem i cieszący się jak głupi do sera. – Nigdy chuje sami nie musieli pracować fizycznie, ale śmieszkują – pomyślałem. I czekałem aż odbębnimy planowane zwiedzanie i ruszymy na obiad. A rzucono mnie na głęboką wodę. Do pięciogwiazdkowego hotelu.

Zatrzymałem się na epoce kamienia łupanego, a więc hotele w zasadzie widziałem tylko na filmach. Pamiętałem tyle, że pieprzony Kevin (sam w domu) miał do swojego pokoju pod Empire State Building pokaźny pęk kluczy. Sądziłem, że i ja potrzebuję takowego, dopóki nie dostałem karty magnetycznej. Następnie zatrzasnąłem się w swojej małej oazie, po czym spostrzegłem, że nie mam światła.

– Jupitery zgasły – gwizdałem pod nosem, wciąż nie tracąc dobrego humoru. Tyle, że nie mogłem się nawet wylać – po ciemku się bałem z uwagi na miejsce. Wymiękłem, poszedł telefon do szefa. Rozpaczliwy. Przyszedł umiarkowanie spokojny, rozweselony, nie miał pretensji. Włożył kartę w czytnik przy drzwiach i wróciłem do gry.

Dwie godziny później wpieprzałem już żylastą kaczkę, którą z trudem kroiłem, a wokół mnie walali się ludzie, którzy równowartość mojej miesięcznej raty kredytu pewnie wykorzystują na kursy taksą do biur. Gdzie zapoceni dopinają kolejnych milionowych transakcji, a ja w tym czasie tkwię na pokrytym azbestem budynku na Służewcu, gdzie mieścił się mój wydział. A  faktycznie to mieścił, bo pewnie już nigdy nie postawię tam nogi. W dniu wyjazdu do Krakowa miałem drugi egzamin w sesji…

PS. Zdając klucze/kartę, padło sakramentalne pytanie: – Korzystali państwo z barku?

Zmieszany spojrzałem na szefa, który odparł: – Tak.

Cuda na kiju, wiedziałem, że jedyną deską ratunku po sztywnej imprezie będzie afterparty w jego, a nie moim pokoju. Zajebany nie wstałem na czas, budzik zawiódł ponownie, a buce w garniakach czekały z pianą na pysku w autokarze przez dobre czterdzieści minut. Nie ruszyli, więc poczułem się jak król życia – pewnie po raz ostatni na bardzo długo. A jeśli szef ściągnie ze mnie kasę za barek (który opróżniałem u niego z lubością) – jestem pozamiatany.

 

foto: graphicriver.net

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑