Cebulak w centrum wielkiego miasta – gdzie zjeść tanio i nie cebulę? Część 1

Opublikowano Czerwiec 20, 2013 | przez cebulak

swieto_pieroga

W życiu każdego cebulaka przychodzi moment, kiedy zostaje rzucony na głęboką wodę – głównie przez rodziców, którzy wierząc w dyskusyjne talenty syna pozwalają mu na studia daleko poza domem. Tak jak mi, w Warszawie. No, a skoro wylądowałem w fajnym mieszkaniu przy Placu Zbawiciela, nie mogę dzień w dzień łykać gruzu. Dosłownie i w przenośni, więc zwęszyłem kilka opcji, gdzie nawet studencik-biedak jest w stanie zaspokoić głód w miarę normalnie.


12:00, pobudka.

Buciki wypastowane, więc można ruszyć na placyk. Ale zanim zacznie się standardowy lansik i wędrowanie wokół tęczy, skądś trzeba najpierw zaczerpnąć energii. Sporo w ciągu ostatniego roku przeżyłem, sporo widziałem i zapragnąłem jakiś czas temu jednego – odstawienia słoików. Sałatki jarzynowej, dwumiesięcznego zawekowanego bigosu, paszteciku Podlaskiego. Suchej bułki z margaryną Delmą.

I wiecie co? O dziwo, tanim kosztem da się w stolicy odnaleźć kulinarny paradise. Pięć opcji, pięć możliwości. Nie wiesz, co począć jak masz luzem 20 złotych w kieszeni? Podpowiadam – nażryj się wreszcie, ale wcześniej polecę kilka przyjemnych kątów i ostrzegę przed badziewiami.

QUE HONG

Na początek ku przestrodze. Jeśli zaczynasz pozorny „high-life”, to miejsce lepiej omijaj z daleka. Tym bardziej z narzeczonymi, dziewczynami, kochankami. Może nawet dziwkami, bo później się strują i już ich stamtąd nie wyprowadzisz. Ale do rzeczy: „Que Hong” leży obok ekskluzywnej „Karmy”, w której spotkałem kiedyś nawet Kubę Wojewódzkiego. Dla odmiany u „moich” sympatycznych Azjatów natknąłem się na paru buców w garniakach i studencików, więc uwierzyłem w jej czar. I przyszedłem tam z dziewczyną – musiała zjeść coś na szybko, bo się śpieszyła. W efekcie (bo jeszcze ze sobą nie byliśmy), odpuściliśmy nasze spotkania na kwartał. Na początek zabolał ją wystrój – kiczowaty, świecący, z prymitywnymi lampionami – a po tym dobił ludzki włos w ryżu. Dzięki, do zobaczenia. A, najważniejsze: gorszego chinola jeszcze nie żarłem. Ble.

Pułap cenowy: od 8 pln w górę.

Ocena w skali cebulaka: 0/10

CORSO

Trochę lodziarnia, trochę jadłodajnia. Bywam tam czasem, żeby dziabnąć lunch. 15 zł, zróżnicowane menu, duże porcje. Do tego kulturalna obsługa i… klub seniora. Średnia wieku wynosi jakieś 80 lat, człowiek czuje się tam trochę jak w przedwojennej stolicy. Jeśli nie liczyć tego, że czasem od kogoś zbyt intensywnie pachnie moczem, to dojrzali ludzie jakoś specjalnie nie przeszkadzają. Czasem nawet umilają pobyt – dosiądzie się taki dziadunio, elegancki, pod krawatem i opowiada piękną, starą polszczyzną jak to drzewiej bywało. Fajnie.

Pułap cenowy: jakoś nie spojrzałem w menu, wsuwam tam tylko lunche za piętnastaka.

Ocena w skali cebulaka: 7/10

MLECZARNIA JEROZOLIMSKA

Może nie nazwę ich objawieniem, ale trzymają fason. Sympatyczny, schludny wystrój i stabilne krzesła – a to ważne, bo człowiek się nie telepie jak Mongoł na bujanym fotelu, próbując jeść zupkę. A faktycznie jest tam przy czym siorbać – rosołek, pomidorówka. UWAGA: za śmieszne 4,50!

Są niby i jakieś dania powyżej 20 złotych, ale ich nie pamiętam.  Za tę kasę lepiej ruszyć do „U Szwejka”, gdzie codziennie można załapać się na jakąś promocję. Sumując: dostrzeżesz tam hipsterskie spojrzenia z łypiących gał na łbie nakrytym zimową czapką w środku lata. Ale jeśli i to masz w dupie, i jednak tam będziesz – omijaj naleśniki z kurczakiem, one akurat słabiutkie.

Pułap cenowy: od 4,50 pln w górę.

Ocena w skali cebulaka: 6/10

CHIŃCZYK ZA KOSCIOŁEM

Nie wiem, czy ma jakąś nazwę, byłem w nim raz, ale wychodziłem zaczarowany. Sowite porcje, być może nawet świeże (to zawsze najbardziej daje do myślenia w takich budach), choć mówimy o miejscu, którego nikt nie zna. Więc pewnie w tym wszystkim tkwi jakiś defekt, ale na razie się nie zawiodłem, płukania żołądka na izbie przyjęć nie było. Tylko gdzie są, kurwa, klienci? Spopularyzujmy to, dajmy im szansę. A ja przestanę wtedy wietrzyć spiski na temat ich tajemnicy sukcesu.

Pułap cenowy: od 9 pln w górę.

Ocena w skali cebulaka: 6/10

BAR MLECZNY „BAMBINO”

Ulica Hoża. A więc odjeżdżamy z Placyku dobre dwa przystanki tramwajowe. Z prostej przyczyny – lepiej zachodzić tam wtedy, kiedy jedziecie na oparach kredytu. Studenckiego rzecz jasna. No, schabowy klasa(!), zupki też całkiem dobre. Choć jakieś to wszystko trochę mdłe, bo robione w garach o objętości po 100 litrów. Stoły upierdolone jak w TVN-ie, a pomieszczenie wygląda tak, że oczami wyobraźni wstawiałem tam prycze. Bo nie zdziwiłbym się, gdyby po pracy dostawiały je tam te grube, zmęczone życiem kucharki i odliczały godziny do kolejnego otwarcia lokalu.

Pułap cenowy: od 4,50 pln w górę.

Ocena w skali cebulaka: 7,5/10

NOWAKOWSKI (OBOK KINA „LUNA”)

Na początek apel: idźcie tam tylko z wypchanym portfelem. Pod warunkiem, że wypchacie go banknotami po przelewie z uczelni (kredyt studencki, stypendium socjalne), a nie nieopłaconymi rachunkami za wodę i gaz. Cena startowa: 12 pln za zamarznięte gołąbki albo pierogi. 120 sekund i mikrofala robi robotę porównywalną do Gesslerowej. Rewolucja, delicje.

Tylko stalowe tace mogliby wymienić lub chociaż domyć, bo jak z talerzyka wypadła mi na nią utarta marchewka (surówki to koszt około trzech złotych) – było niewesoło. 10 gram żarcia poszło się jebać, bo z brudem nie będę wciągał. Nie jestem jak electrolux (odkurzacza jak typowy studencik zresztą nie posiadam).

Pułap cenowy: od 3 pln (jeśli chcecie wpieprzyć marchewkę) w górę.

Ocena w skali cebulaka: 4/10

A, nie narzekajcie w razie czego, że nota 5 w skali 1-10 nie urywa specjalnie dupy. Dla was, cebulaki, jak i dla mnie, to awans społeczny. Słoiki, a utarta marchewka i pierożek z mięsem to dwa różne światy. W następnym odcinku ruszamy pod Pałac Kultury lub na Nowy Świat.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑