Clothes Off. Jak Florence rozebrała część Polski

Opublikowano Grudzień 15, 2015 | przez Tomas

FlorenceandtheMachine

Wychodzi na scenę i zaraża. Zaraża wyjątkowym głosem, wpadającą w ucho muzyką, uśmiechem, optymizmem i energią. Zaraża całą sobą, swoją osobowością. Może i niezbyt urodziwa, wysoka, rudowłosa, ubrana w ciuchy po starszej cioci (trochę przypomina Donnę z Różowych lat 70., co?), ale dzięki tej autentyczności jeszcze bardziej atrakcyjna: jako kobieta i artystka. Florence Welch.

Pierwszy koncert w Polsce, Kraków, Coke Live Music Festival. Już wtedy była artystką z pierwszych stron, już na scenie starała się robić show. Biegała od lewej do prawej, uśmiechnięta, podskakująca, wysmarowana brokatem na twarzy i z wiankiem na głowie. Co chwila wchodziła w interakcję z publiką, obsypywała brokatem, ale oni… Tak, oni byli już przygotowani wcześniej: w brokacie i z wiankami. Szaleli wspólnie z nią, na występie Florence and the Machine.

Pamiętam, że kilka lat temu pojawiały się jeszcze opinie, że w trakcie występu na żywo zawodzi, że jej głos traci siłę i magię. Być może coś w tym jest, podczas ciągłego podskakiwania wybija się z rytmu i śpiewa gorzej, w końcu zaczęła częściej w takich sytuacjach oddawać głos publiczności. Ale to krótkie momenty, drobne minusiki. Bo brzmi cudownie. Mocno, romantycznie, nieco mrocznie.

Ot, cała ona. W sobotę też było trochę o miłości, jej inspiracjach do tworzenia.

Koncert w łódzkiej Atlas Arenie był już trzecim występem Florence and the Machine w Polsce. Latem, przy okazji Open’era, odbędzie się czwarty. Nie ma w tym przypadku, bo jedna i druga strona mają się mocno ku sobie. Nastolatki, przedstawiciele sfery gimnazjalnej, mężczyźni pod czterdziestkę: wszyscy ci ludzie utożsamiali się z wokalistką. Znów były wianki, rzucane przez publikę i zakładane przez Florence sobie oraz reszcie zespołu. Był ten cholerny brokat, był wszędzie. Było także wyściskiwanie się z pierwszymi rzędami, a ktoś zdołał chyba nawet zaserwować jej nawet buziaka. Było też morze balonów, które zrobiło na artystce ogromne wrażenie. No i był też… striptiz – tylko od pasa w górę, ale jednak.

Florence zachęca do udziału w akcji #ClothesOff, w ramach której niepotrzebne części garderoby przekazuje się potrzebującym. W trakcie „Dog Days Are Over” poleciały więc swetry, koszulki, koszule, bluzy z męskiej i damskiej garderoby. Bez koszuli, w staniku pozostawała więc nie tylko bohaterka wieczoru, ale i setki obcych sobie osób. Wciąż z przyklejonym do twarzy uśmiechem, przekazywanym ciepłem, podziękowaniami i słowami o miłości. Widać było, że to serce się cieszy – raz, że udaje się zrobić coś fajnego dla innych potrzebujących, a dwa, że ona z tymi ludźmi dzieli wspólne emocje.

To jest właśnie ta różnica między Flo a wieloma artystami. Jej fani nie przyszli tylko po muzykę i chwilę zabawy – przyszli po odrobinę więcej. Ona też tę atmosferę starała się zrobić, poprosiła, by chociaż na chwilę schować telefony (i brawo, proście o to, drodzy artyście, częściej). Imponuje to jej niesamowite zaangażowanie, chęć pełnego oddania się na scenie. Jaka tam się pojawia, taka po prostu jest na co dzień.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑