„Cloverfield Lane 10” – apokalipsa czy urojenie psychopaty?

Opublikowano Maj 1, 2016 | przez ZP

Najbardziej lubimy melodie, które już znamy. Może dlatego, a może zupełnie przypadkiem, już na samym początku film „Cloverfield Lane 10” atakuje nas kliszą z „Piły”. Kobieta przykuta kajdankami do rury w niewielkim pokoju z obdrapanymi ścianami i pancernymi drzwiami. Do tego oczywiście stojak na kroplówkę jako rekwizyt, którym może się posłużyć, by sięgnąć po telefon. Który, jakżeby inaczej, nie łapie zasięgu.

Wcześniej dostajemy praktycznie całe wprowadzenie w kilkuminutowej pigułce. Wy też nie cierpicie, jak twórcy idą na łatwiznę i wcinają kilka zdań od lektora? Wiecie, kim jest główny bohater, skąd pochodzi, czemu w tym filmie będzie pukał akurat tę blond laskę, a nie brunetkę i dlaczego ma bliznę na prawym pośladku? Tutaj tego nie ma, jest umiejętne budowanie ciężkiego klimatu, który trzyma się do samego końca. No, prawie samego końca, ale o tym za moment.

Im dalej w las, tym dalej debiutanckiemu dziełu Dana Trachenberga od konwencji psychologicznego horroru. Pierwszą łamie jeszcze na długo przed kinową premierą, obsadzając w roli czułego opiekuna/psychopatycznego dręczyciela (po obejrzeniu skreśl niepotrzebne)… Freda Flinstone’a.

Genialne, naprawdę genialne posunięcie. Od pierwszej sceny nie wiadomo, czego spodziewać się po pedantycznym, wyznającym zasadę twardej ręki, a jednocześnie ujawniającym na każdy kroku traumatyczne przeżycia z niedawnej przeszłości charakterze zamkniętym w postawnym ciele należącym do Johna Goodmana. Jeśli wybierzecie się na ten film, z pewnością z każdą minutą coraz trudniej będzie wam ocenić, czy grany przez niego Howard to paranoik, który wymyślił sobie atak nuklearny który zmiótł ludzkość z powierzchni planety, czy wręcz przeciwnie – uratował życie przetrzymywanym w bunkrze pod swoim domem Michelle i Emmettowi. Granych swoją drogą poprawnie, choć bez startu do Goodmana, przez Mary Elizabeth Winstead i Johna Gallaghera Jr.

Zwrotami akcji – i to nie takimi, które coś tam zmieniają, tylko takimi wywracającymi do góry nogami to, co myśleliśmy, że już wiemy – można by spokojnie obdzielić kilka innych produkcji. Może będzie to porównanie nieco na wyrost, ale jeśli widzieliście „Grę” Finchera, to tempo następujących jeden po drugim twistów, które narzucił w swoim dziele Trachenberg jest bardzo podobne.

To, na jaki zdecydował się finał, to już kompletne wodzenie widza za nos. Jeśli lubicie J.J. Abramsa, który zdecydował się ten film wyprodukować i wiecie, czego się po nim spodziewać – nie będziecie pewnie szczególnie zaskoczeni, a z kina wyjdziecie zadowoleni. Jeśli nie – skończycie i bardzo mocno wstrząśnięci, i potwornie zmieszani. Jeśli taki był zamiar – chapeau bas.

Komentarze

Poziom suspensu
Liczba zwrotów akcji
Zakończenie pasujące do całości
Zakończenie pasujące do J.J. Abramsa

Podsumowanie: Jeśli lubicie J.J. Abramsa - będziecie zadowoleni. Jeśli nie - skończycie i bardzo mocno wstrząśnięci, i potwornie zmieszani.

3.8


Ocena użytkowników: 0 (0 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑