Co skutecznie zepsuje nam poranek

Opublikowano Maj 2, 2013 | przez MB

master chief2

Przysłowiowe wstanie lewą nogą to małe miki w porównaniu z tym, co może nas spotkać z samego rana.

Praca: 9:00. Planowany czas pobudki: 7:00. Pobudka: 7:30. Pierwsze słowa po przebudzeniu: o kurwa. Czyli już nie jest dobrze. Rozpoczęcie dnia wulgaryzmem wróży bardzo źle. Ale to jeszcze nic. Patrzcie, co dzieje się dalej.

Rozpoczynamy tzw. poranne rytuały. Etap pierwszy. Najczęściej jest to wizyta w kiblu. Liczymy na błyskawiczne strzelenie boba, a tu klops, rozczarowanie. Próbujemy na wszystkie sposoby i nic. Po 15 minutach odpuszczamy, bo czas goni.

Etap drugi. Prysznic. Wiemy, że umyć się trzeba, ale w brzuchu jeździ niemiłosiernie i nadal odczuwamy ciężar nocnego żarcia. Odkręcamy wodę i trach, zimna w chuj. Junkers się zepsuł, sąsiedzi robią pranie, nie ma czasu na czekanie. Na nasze nieszczęście za oknem panuje kurewska zima. Skręcamy się pod naciskiem lodowatych biczy, zgrzytamy zębami, fiutek się kurczy, a kąpiel wydłuża do 25 minut. Najgorzej. Po drodze upada nam mydło, szampon się wylewa, a woda całkowicie przestaje lecieć. Dość tego. Wyłazimy.

Etap trzeci. Golenie. Bo przecież w pracy musimy być na maksa schludni i uroczyści. Tępa żyletka, niepewny ruch ręki, niska temperatura powietrza, zacięcie gotowe. Kurwa mać! Kolejny wulgaryzm. Resztkami nerwów tamujemy krwawienie. Akurat trafiliśmy na to jedno miejsce na tryliard, z których krew leci jak z burej suki, czyli nas zalewa.

Etap czwarty. Suszenie włosów. Pomijamy. Etap piąty. Ubiór. Niezależnie od charakteru pracy, jakoś wyglądać trzeba. Strój sportowy, tzw. casual, czy strój formalny, w tym przypadku nie ma różnicy, bo i t-shirt i koszula mogą śmierdzieć jak zgniłe jajo. W takich sytuacjach zawsze znajdujemy tylko takie. Dobór pozostałych części garderoby jest już całkowicie kwestią losową. Jeszcze buty. Jeb, poszła sznurówka. Zmieniamy buty. Jeb, supeł. Kurwa, kurwa, kurwa.

Etap szósty. Śniadanie. Najprostsza potrawa: płatki z mlekiem. Nerwowo sięgamy po Corn Flakesy. Z dwóch stron chwytamy wierzchołek paczki. Otwieramy i dostajemy absolutnego szału. W tym momencie pierdolimy wszystko i wszystkich. Na szczęście nie mamy świadomości, że mleko w lodówce najpewniej było skisłe.

Etap siódmy. Wyjście. Upragnione, wyczekane, okupione wiązankami przekleństw. Zamykamy za sobą drzwi, szukamy po kieszeniach, nie mamy portfela, telefonu i kluczy. Jest mniej więcej 8:40. Wracamy się. Zgodnie z zabobonem trzeba wtedy przysiąść, bo będzie pech. Nie przysiadamy. Poszukiwanie niezbędnych akcesoriów zajmuje nam około siedmiu minut. Wychodzimy. Zamykamy drzwi. Mniej więcej trzy klatki niżej zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno przekręciliśmy klucz. Sprawdzić, nie sprawdzić? W końcu i tak zawsze dymamy na górę. Zamknięte. Uff…

Etap ósmy. Samochód. Zdecydowana większość ludzi pracy dojeżdża do niej autem, dlatego przyjmujemy ten właśnie wariant. Kluczyki od samochodu (w sytuacji, w której ich zapominamy, momentalnie pęka nam żyłka). Są. Jedziemy. Wiadomo: światła, korek, baba za kierownicą. Kurwa, kurwa, kurwa. Podobno nigdy nie klniemy tak dużo jak za kółkiem.

Etap dziewiąty. Praca. Dojeżdżamy 20 minut za późno. Szef wkurwiony, bo to nie pierwszy raz. Najwidoczniej miał podobny poranek, bo z miejsca grozi nam zwolnieniem. Nie zdążyliśmy wypić porannej kawy, więc wyjeżdżamy z tekstem „to se zwalniaj jak chcesz, pacanie”. Szef do naszej prośby jest nastawiony jak najbardziej przychylnie. O 9:35 jesteśmy bezrobotni. Jednocześnie przypominam, że na kurewską zimę wyszliśmy z mokrą głową, przez co na bank nabawimy się zapalenia płuc. Być może nawet umrzemy. I poranek zepsuty.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑