Czasem wystarczy trochę empatii

Opublikowano Październik 4, 2013 | przez Deszczowiec

nm201643

Chcecie posłuchać dziwnej historii?

Jest na Mokotowie knajpka Blue Cactus. Sympatyczna. Żarcie tam niezłe i ceny w miarę ludzkie. No i nagle dookoła restauracji robi się smrodliwie. Rozkręca się afera. Bo wyobraźcie sobie, że w pewnym poczytnym dzienniku pojawia się artykuł, a w nim jak byk stoi napisane:

Warszawska restauracja nie wpuściła niewidomego. Bo miał psa – przewodnika”.

Tytuł i historia mocno oburzające. Historia, zdaniem pokrzywdzonego, wyglądała tak: człowiek z psem–przewodnikiem chce wejść do restauracji. Zanosi się na burzę, człowiek nie chce zmoknąć, a przy okazji coś zjeść. Ale obsługa mówi – nie! Z psem nie wolno! A jednak wolno, od 2007 r. Takie są przepisy. No i człowiek, po paru minutach walenia głową w ścianę, odchodzi z kwitkiem.

Krzywo, prawda? Nie wiem jak wy, ale my nie chcielibyśmy odwiedzać lokalu, gdzie w taki sposób traktuje się niepełnosprawnych. Wydało nam się to, jak chyba każdemu normalnemu człowiekowi, zwyczajnie nie fair. Po pierwsze, psy są wytresowane, po drugie – takie jest prawo.

W Internecie zrobił się szum. Na Twitterze nawoływano do bojkotu knajpy, przesyłając link do artykułu. Przyznajemy – my także zretwittowaliśmy to, bo sprawa zwyczajnie, po ludzku, nas wkurwiła.

Ale ostatnio okazało się, że sytuacja nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Bo oto oświadczenie wydała sama knajpa. I według nich sprawa wygląda zupełnie inaczej. Czyli jak?

– osoby (bo był nie jeden mężczyzna, a troje ludzi), które przyszły do „Blue Cactusa”, nie miały rezerwacji, a akurat w niedzielę były one wymagane

– z tego tytułu obsługa zaproponowała im inne miejsca

– kobieta, która towarzyszyła dwóm mężczyznom, zaczęła protestować i w końcu cała trójka wyszła

Tak to wygląda ze strony restauracji. Właściciele twierdzą, że mają na to świadków. Przyznacie, że sprawa prezentuje się z tej strony zupełnie, ale to zupełnie inaczej?  I że teraz wcale nie jest nam ani tak bardzo żal owych niewidomych? I – na koniec – że wcale nie jesteśmy tak wściekli na obsługę, jak na początku?

Słowo na słowo. Ostrze na ostrze. „Tak było” na „tak było”.

Pytanie, jakie chcemy postawić po tym tekście, jest chyba jasne: komu wierzyć? Kto w tym sporze ma rację? Bo ktoś tu zwyczajnie łże.

Nie chcemy ferować wyroków. Oczywiście nie dajemy stuprocentowej wiary ani pokrzywdzonym, ani krzywdzącym. Prawda leży zapewne po obu stronach, jednak… czy wersja obsługi jest całkowicie niewiarygodna? Czy nie mogło stać się tak, że ktoś po prostu błysnął skrajnie roszczeniową postawą „mnie się należy, bo mam gorzej niż Ty”?

Jak mówimy: nie stajemy po żadnej ze stron. Nie udajemy, że zjedliśmy wszystkie rozumy, bo kwestia ta jest bardzo złożona i delikatna. Łatwo tu naruszyć granice ludzkiej wrażliwości, łatwo wejść w buty człowieka mówiącego do drugiej osoby z pozycji uprzywilejowanej. Jednej rzeczy jesteśmy za to pewni: jeśli sprawa otrze się o sąd, to nie chcielibyśmy być w skórze sędziego. Nie zazdrościmy także osobie, która zajmuje się budową wizerunku „Blue Cactus”. Ciężkie, oj, ciężkie gromy posypią się na jego (lub jej) głowę w najbliższym czasie. A przecież w knajpie nie trzeba było, jak robi to Legia, organizować ludzi opisujących niewidomym co dzieje się na boisku.

Wystarczyło trochę empatii. Z obu stron…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑