Człowiek, który podbił świat w tym tygodniu, kiedy ty się opierdalałeś: Julius Yego

Opublikowano Sierpień 30, 2015 | przez MB

Julius Yego

Ciepło ci, wygodnie? Jesteś najedzony, wypoczęty, browar z kumplami zaliczony? Po pracy mała drzemka, osiem godzin w tyrce a potem laba? Ludzie, których opisujemy w tym cyklu, przekraczają granice własnych możliwości, pobijają rekordy i zostają sławni dzięki ciężkiej pracy, hartowi ducha i wyrzeczeniom. A ty co? Opierdalasz się. Głupio ci teraz?

Podczas odbywających się właśnie lekkoatletycznych mistrzostw świata w Pekinie złoty medal w rzucie oszczepem zdobył Julius Yego. Nie byłoby w tym nic nadludzkiego (w końcu to mistrzostwa, ktoś musiał wygrać), gdyby nie fakt, że kenijski zawodnik swojej dyscypliny uczył się z filmów na YouTubie w przerwach między pasaniem krów. W dodatku nauczył się tak dobrze, że oprócz pierwszego miejsca, z Chin przywiezie również trzeci wynik na świecie – 92,72 m.

Jego historia to idealny scenariusz hollywoodzkiego filmu biograficznego. Urodził się w rodzinie rolników i wywodzi się z afrykańskiego plemienia Nandi. Pierwszy oszczep wystrugał sobie ze zwykłego kija. Potem były następne – również strugane z patyków. Mimo braku profesjonalnego sprzętu Yego w rzucaniu nimi odnalazł swoją życiową pasję. Uruchomił Internet i zaczął podpatrywać najlepszych, Andreasa Thorkildsena i Jana Żeleznego. Podpatrywał technikę rzutu, układ ciała, specyfikę rozbiegu. Swoją determinacją udowodnił, że dla chcącego naprawdę nic trudnego, trzeba tylko ciężko pracować i wierzyć w to, co się robi. Dzięki sukcesowi podczas tegorocznych mistrzostw ten pokorny 26-latek stał się symbolem spełnionych marzeń.

Na swój sukces harował jak wół. Brał udział w każdych możliwych zawodach, rozwijał się, wszystkie zarobione pieniądze inwestował w sprzęt oraz szkolenie. W 2010 roku pojawiły się pierwsze znaczące lokaty – trzecie miejsce w mistrzostwach Afryki, siódme miejsce w Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Po nabraniu doświadczenia było już łatwiej. W 2011 roku zdeklasował wszystkich uczestników Igrzysk Afrykańskich, a w odbywających się rok później mistrzostwach tego kontynentu tym razem nie miał sobie równych.

Na arenie międzynarodowej po raz pierwszy pojawił się na igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 roku, w których wziął udział dzięki stypendium Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF). Do imprezy przygotowywał się w Finlandii i będąc już czynnym od kilku lat zawodnikiem dopiero tam naprawdę poczuł ducha profesjonalnego sportu. Dzięki trenerowi Petteriemu Piironenowi zdał sobie sprawę ze swoich największych wad i zalet. Jest niski, ale to nic nie szkodzi, bo drzemie w nim niewiarygodna siła fizyczna i potrafi rzucać jak prawdziwy czempion. W Londynie ostatecznie zajął dwunaste miejsce.

W 2013 roku podczas Mistrzostwa Świata w Moskwie był już o krok od medalu. Zajął najgorsze dla sportowca czwarte miejsce. To wielkie rozczarowanie odbił sobie z nawiązką w 2014 roku, najpierw w Glasgow, startując w kolejnych Igrzyskach Wspólnoty Narodów, a potem w Marrakeszu konsekwentnie biorąc udział w Mistrzostwach Afryki. Obie te imprezy wygrał. Idąc za ciosem w tym samym sezonie pojawił się na Pucharze Interkontynentalnym (czwarte miejsce) i wystartował w Diamentowej Lidze. Uzyskał rezultat 91,39 m. Wszyscy wiedzieli, że jest mocny, ale tak dobrego rzutu nikt się po nim nie spodziewał. Wtedy świat sportu miał już murowanego kandydata do złota w Pekinie.

W tym tygodniu, kiedy ty się opierdalałeś, Julius Yego nie zawiódł fanów, ekspertów, ale przede wszystkim siebie. A kontuzja, której nabawił się oddając decydujący rzut, niech będzie metaforą jego długiej drogi do sukcesu, która od samego początku nie była usłana różami.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑