Cztery filmy Guya Ritchiego na przedłużony weekend

Opublikowano Czerwiec 5, 2015 | przez Gofrey

movies-guy-ritchie

Cztery dni to sporo. Umówmy się – mimo kapitalnej pogody, ciężko bite cztery doby korzystać z dobrodziejstw rodzimych rzeźni i browarów. Grill jest w porządku, ale po trzecim dniu kiełbasa przestaje być obiektem pożądania. Dlatego też na zakończenie przedłużonego czerwcowego weekendu postanowiliśmy wam przygotować coś extra.

Uwaga, uwaga: maraton filmów Guya Ritchiego. Czemu akurat Ritchie? Sprawa jest arcyboleśnie prosta. Jeśli leniuchować – to na całego. Po co rozkminiać sens istnienia podczas przeintelektualizowanych i monumentalnych dzieł pokroju „Incepcji”, albo innego „Interstellar”? Lepiej prosto, bez kombinacji, ale i nie prostacko – czyli raczej bez udziału Seagala oraz van Damme’a. Ritchie plasuje się gdzieś w połowie drogi między ambitnymi, a kompletnie idiotycznymi filmami. Dodając do tego wysokie tempo, niezły humor i kapitalny brytyjski akcent – można spokojnie zgubić kilka godzin wolnego weekendu na niezobowiązującym przeglądaniu jego filmografii.

Naszym zdaniem na początek najlepiej zaatakować klasyką oraz jednocześnie chyba najlepszym z filmów Guya Ritchiego.

PRZEKRĘT

Brad Pitt. Jason Statham w latach, gdy jego stała rola angielskiego twardziela była jeszcze świeża. Kapitalni Dennis Farina i Vinnie Jones, na samym początku kariery filmowej byłego piłkarza. Szalone tempo, któremu sprzyja zarówno napakowanie silnymi męskimi charakterami (no i Tommym…), jak i charakterystyczne dla Ritchiego dynamiczne ujęcia. Zabawa kręci się wokół diamentu, na którego chrapkę ma cały Londyn oraz nielegalnych walk bokserskich, na które przychodzi cały Londyn. Mnóstwo porządnego, nie tylko brytyjskiego humoru, kilku bohaterów, których zapamiętamy na długo, świetna ścieżka dźwiękowa i wyśmienity klimat półświatka stolicy Anglii, sączący się z ekranu. Spokojnie można oglądać z żoną, jest Brad Pitt bez koszulki.

Aha, jeszcze jedno. Liczba kultowych w pewnych kręgach cytatów na minutę przekracza skalę.

Oh, nothing, Tommy. It’s tiptop. It’s just I’m not sure about the colour.

PORACHUNKI

Debiut reżyserski Ritchiego, a jednocześnie przedłużenie tego unikalnego komediowo-kryminalnego klimatu, którego z pewnością będzie wam mało po obejrzeniu „Przekrętu”. Znów dynamiczna akcja, znów tysiąc nowych postaci na minutę, znów sceny, gdy na ekranie znajduje się osiem mocno zarysowanych charakterów, każda krzycząca coś z tym magicznym angielskim akcentem. Strzelby, włamania, kradzieże, poker. Wszystko z bardzo rodzinnym klimatem – wszak o życie i grubą forsę walczy czwórka oddanych przyjaciół, tworzących zresztą doskonale współpracujący ze sobą zespół. Swoją drogą – motyw „Statham i ekipa dymają grube ryby” zawsze się sprawdza.

ROCKNROLLA

Zmiana… No właśnie. Na pewno nie zmiana klimatu. W stosunku do dwóch kultowych filmów z końca poprzedniego wieku, Guy Ritchie postanowił nieco odświeżyć pomysły i – przede wszystkim – obsadę. Nie ma Stathama. Nie ma Alana Forda. Nie ma Vinniego Jonesa. Proces ten rozpoczął się już przy kiepskim „Revolverze” z 2005 roku, ale dopiero tutaj całość całkiem przyzwoicie odpaliła. Jest pewnie nieco mniej śmiesznie, Ritchie nabrał trochę powagi, ale zostawił unikalny klimat tworzony przez małych bandziorów w świecie dużych biznesów. Tym razem rosyjscy oligarchowie, inwestycje w nieruchomości, cenny obraz w roli podobnej do „snatchowego” diamentu oraz – chyba po raz pierwszy u Ritchiego – silna i przebiegła kobieta. Niektórzy pewnie będą narzekać – to już nie ten sam Ritchie, co przy „Porachunkach” i „Przekręcie”, ale właśnie dlatego dajemy go niemal na koniec.

MEAN MACHINE

Tak, wiemy, Guy Richtie był tu tylko producentem. Skoro jednak w jednym filmie upchnięto Stathama, Jonesa, Robbiego Gee i Jasona Flemynga, a wszystkiemu towarzyszą reżyserskie myki ukochane przez Ritchiego – nie wypada nie wspomnieć. Po chwilowej przerwie na „RocknRolla” wracamy już do klasyki – komedia gangsterska, w której nie ma kobiet, jest za to tona humoru i gdzieś w tle bajka o przyjaźni i wartościach. Także o honorze. Sama fabuła? Remake „The Longest Yard”, czyli klasycznej historii o upadłym profesjonalnym sportowcu, który trafiając do więzienia organizuje swój zespół walczący w prestiżowym meczu z kadrą placówki. Mało ambitne, dość efektowne, ultra-szybkie. No i z piłką nożna na głównym planie, co – biorąc pod uwagę zbliżający się finał Ligi Mistrzów i ostatnią kolejkę Ekstraklasy – może stanowić niezły wstęp.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑