Cztery rzeczy po które warto wracać do Cebulandii

Opublikowano Sierpień 31, 2013 | przez Limonow

cebulandia

W życiu każdego wielkomiejskiego studenta, pracownika korpo, czy zwykłego robola przychodzi moment, gdy czas spojrzeć w dowód osobisty. „Dom tam, gdzie serce twoje”, czyli w… kasie banku, w jego najgłębszych sejfach, albo chociaż na uczelni, z której spływa na konto skromny kredyt studencki. Tym razem jednak nie o pieniądze się rozchodzi. Dowód osobisty, miejsce urodzenia. Dom. Ten skrawek gleby, który uprawiali rodzice, albo blok gdzieś na przedmieściach Mińska lub Kijowa, zależy z którego brzegu ściany wschodniej przypłynęliście do Warszawy.

Oczywiście, to pewna przesada, niektórzy przyjechali z całkiem sporych mieścin, takich jak Lublin, Rzeszów czy Białystok, w dodatku w rodzinnych domostwach nie sadzili ryżu i cebuli, ale zajmowali się całkiem miejskimi zajęciami, od stereotypów jednak nie da się uciec. Spacerując między wieżowcami godnymi „downtown” w Dubaju, gdy w dowodzie widzisz „Lublin”, choćbyś był synem najlepszego prawnika w owym mieście, od razu przez głowę przebiegają ci myśli o zapachu cebuli.

Cebulandia. Mityczna kraina, z której zwożą do stolicy swoje słoiki przybysze z całego świata. Przez wielu wypierana, zapominana, zamilczana, jak niewygodny temat w talk-show na żywo. Korzenie, które wielu chciałoby uciąć przy samej glebie. Wyśmiewana, wyszydzana, niekochana. A jednak, po coś warto do niej wracać, choćby nawet „dom”, czyli miejsce z sercem, znajdowało się setki kilometrów dalej, gdzieś między modnymi biurami.

No właśnie. Po co więc wracać do Cebulandii, szczególnie jeśli jest się jednym z tych, którzy nienawidzą wszystkiego co swojskie, wszystkiego co stare, wszystkiego co tradycyjne i stojące w opozycji do nowoczesności? Cóż, nie ma złudzeń, są rzeczy, które można dostać tylko tam i po które zawsze, ale to zawsze, warto wracać.

1) Słoiki

Maskowanie, kamuflowanie, próby tuszowania, wypieranie się – jakąkolwiek taktykę przyjmiecie, tego nie da się ukryć. Przy całej wzniosłej otoczce, przy całym emocjonalnym pakunku, którym obciążony jest powrót w rodzinne strony, tak przyziemna rzecz jak słoiki nie usuwa się na dalszy plan – wręcz przeciwnie, wyjeżdża na sam front. Jeździmy na wschód po żarcie. Po domowe, polskie, nacechowane używaniem nieprzyzwoitych ilości cebuli jedzenie.

Jedni biorą je dlatego, że nudzi ich warszawska palma, sushi i wszystkie inne gnocci jedzą z obrzydzeniem. Inni biorą je z konieczności, żeby w ogóle utrzymywać się przy życiu. Wychudzeni, przepijający wszystkie pieniądze w modnych lokalach, żywiący się upolowanymi resztkami i tym, co uda się zachachmęcić na domówkach, w Cebulandii dostają dostęp do fruktów wprost z matczynych spiżarni, smakowitych, sycących i nade wszystko – nielimitowanych. Open bar, stoły szwedzkie i najlepsza kuchnia na świecie w jednym miejscu. Witajcie w domu.

2) Luz

Budzik nie dzwoni. Nikt nie rości sobie jakichkolwiek pretensji do czegokolwiek. Nikt niczego nie żąda. Nikt nie zmusza. Jedzenie jest podstawiane pod nos, jakbyś był rozpuszczonym bachorem. Luz. Brak pośpiechu. Brak jakiejkolwiek spiny. Chcesz – wstajesz, nie chcesz – leżysz. Nawet rodzina, która przecież kiedyś była wymagająca, teraz zmienia absolutnie swoje podejście, pragnąc dla ciebie przede wszystkim chwili wytchnienia od codziennego zapierdolu. Miło.

3) Rodzina

I właśnie rodzinie należy się osobny punkt. Można zgrywać macho i twardziela, można udawać self-made man’a, można się zarzekać, że do wszystkiego doszło się w życiu siłą własnych rąk. To jednak ułuda. Oszukiwanie, podobne jak wtedy, gdy kręcisz nosem na matczyne pyzy, bo ponoć wolisz surową rybę za 40 złotych porcja. Nie ma chuja, pomijając jakieś skrajne patologie – do domu zawsze wracasz, jako do miejsca, które cię stworzyło. Nie chodzi o ściany, chodzi o rodzinę. To oni cię wszystkiego nauczyli, to oni wypuścili cię w bój, to oni zaopatrzyli w wiedzę, umiejętności, uczucia i słoiki (wszystkie cztery tej samej wagi).

Święta, urodziny, imieniny, cokolwiek – nawet gdy nie lubisz spędzać z nimi czasu, nawet gdy średnio interesują cię przemowy wujka, dobrze z nimi po prostu pobyć, od czasu do czasu, może nawet skupiając się bardziej na telewizorze, niż poruszanych przy stole tematach, ale jednak. Posłuchać, trochę pogadać, zapewnić, że ze zdrowiem okej. Rodzina to coś ekstra, a niestety, zdarza się wyłącznie w Cebulandii, do stolicy znów wyjedziesz sam i będziesz tam sam. Otoczony kolegami, ale bez więzów krwi. To nie to samo, wiedzą o tym już przedszkolaki dziabiące się po paluchach i zawierające „przymierze krwi”.

4) Koledzy

Wreszcie najprzyjemniejszy rozdział powrotu w rodzinne strony – nieustająca zabawa w towarzystwie z dawnych lat. Koledzy z przedszkola, żłobka, podstawówki, gimnazjum i liceum. Czasem nawet ze studiów. Cała młodość skupiona w relacjach z kilkoma chłopakami i dziewczynami, którzy zupełnie niepostrzeżenie stali się mężczyznami i kobietami. Wspominanie, tysiące anegdot i historii, wspólnota doświadczeń. Tego nikt nie odbierze żadnemu Cebulakowi.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑