Czy kina studyjne naprawdę są takie wyjątkowe?

Opublikowano Marzec 6, 2017 | przez MB

kino studyjne 3

Chodźcie do kin studyjnych, mówili. Tam jest lepiej niż w multipleksach, dodawali. Szczerze? Wizyty w warszawskich kinach studyjnych to absolutne nieporozumienie.

Wśród wytrawnych kinomanów sieciówki uchodzą za największe zło. Narzekają, że wszędzie sypie się popcorn, że ludzie chrupią i głośno komentują, że chodzą tylko wtedy, gdy są tanie bilety. Brzydzą się nachosami, niecierpliwią się na reklamach i z niesmakiem spoglądają na widzów wybierających się na film z Karolakiem. Mówią, że prawdziwe święto kinematografii odbywa się wyłącznie w kinach studyjnych. Wystarczy jednak pójść do pierwszego z brzegu, by przekonać się, że to brednie.

No bo niby co takiego niezwykłego jest w oglądaniu, nawet najbardziej ambitnego i mocno intelektualnego, filmu w sali z kiepskim nagłośnieniem, gdzie pierwsze minuty  to tylko nieprzyjemny dla ucha pisk? Co takiego wyjątkowego jest w tym małym i ciasnym pomieszczeniu, w którym każdy, nawet najmniejszy szept, potrafi skutecznie utrudnić odbiór, a każdy przepychający się do swojego miejsca widz zasłania ci od razu pół ekranu? Czy na pewno tak super jest, kiedy tzw. spóźnialscy swoim wejściem robią niemały raban szukając właściwego rzędu i naradzając się przy tym tak, że zagłuszają dialogi?

Jeśli wierzycie w mit, wedle którego, widzowie chodzący do kin studyjnych są bardziej świadomymi i obytymi odbiorcami, to musimy was rozczarować. W tego typu miejscach panuje zazwyczaj bardzo luźna, trochę artystyczna atmosfera, przez którą powszechne jest ciche przyzwolenie na żłopanie piwska w trakcie seansu i otwieranie puszki tak bezceremonialnie, żeby nawet kasjer usłyszał, że zaraz zaczniesz sobie sączyć Żuberka. A czy miłośnicy kameralnych sal kinowych rzeczywiście jak ognia unikają tych wszystkich strasznych przekąsek? Skądże znowu. Właściciele małych kin już dawno zorientowali się, że muszą sprzedawać colę, popcorn i chipsy, żeby ich interes mógł na siebie zarobić. Z samych biletów ciężko byłoby im cokolwiek uciułać. Dlatego w menu kin studyjnych znajdziecie to samo, co w multipleksach.

Podobnie jest z repertuarem. Ci sami ludzie, którzy zażarcie hejtują kina zlokalizowane w handlowych molochach, zaraz wybiorą się do swoich bastionów sztuki filmowej na „Johna Wicka 2”, „Porady na zdrady”, „PolandJę” i „Ciemniejszą stronę Greya”. Nie słyszeliśmy jeszcze o przypadku, w którym jakieś kino utrzymywałoby się wyłącznie z seansów niskobudżetowych ormiańskich filmów.

W kinach studyjnych dzieje się więc mniej więcej to samo, co w multipleksach, tylko na – rzecz jasna – mniejszą skalę. W dodatku ceny biletów są bardzo porównywalne. Wątpliwe jest by ktoś, kto uważa, że bilety w dużych sieciówkach są za drogie, stwierdził, że w kinach studyjnych ogląda się filmy za grosze.

W dodatku tylko najwięksi puryści upieraliby się przy zdaniu, że małe kina zapewniają większy komfort i pozwalają skupić się wyłącznie na obrazie. Nic z tych rzeczy, tam widz również potrafi być przaśny, niewybredny i bez ogłady (np. taki jak ten opisany przez nas tutaj: http://wyszlo.com/polski-widz-kinowy-to-nadal-skonczony-wiesniak/). A jeśli film na przykład zatnie się w połowie, bo takie przypadki też się zdarzają, to pełny wkurw gwarantowany.

Przy okazji – zastanawialiście się kiedyś, jakim typem widza kinowego jesteście? Odpowiedź znajdziecie tutaj: http://wyszlo.com/test-wyszlo-ktorym-typem-widza-kinowego-jestes/

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑