Dlaczego faceci nie lubią nosić torebek swoim kobietom

Opublikowano Lipiec 22, 2013 | przez ZP

torebka

Na imprezie, na której ostatnio byłem, rozpętała się ciekawa dyskusja. Nie dotyczyła wyższości wina nad wódką, czy brunetek nad blondynkami, nie, chodziło o zupełnie co innego, mianowicie o… kobiece torebki.

Dwie z pań, które uczestniczyły w zabawie, uważały, że panowie, którzy prowadzają się ze swoimi kobietami po mieście, muszą nosić ich torebki. Bo jesteśmy przecież silniejsi, bo mężczyzna powinien być dżentelmenem, bo też wrzucamy do nich swoje klamoty itd. itp. Argumentów za było co niemiara. A że dziewczyny były dużo bardziej wygadane od swoich rozmówców, wygrały tę batalię bez żadnych problemów. Przysłuchiwałem się jej z zaciekawianiem, przetrawiłem temat na kacu i chciałbym z tego miejsca wyjaśnić wszystkim kobietom, dlaczego ich koledzy/przyjaciele/kochankowie/sponsorzy czy wreszcie życiowi partnerzy migają się jak mogą w uczestnictwie w procesie dźwigania rzeczonego przedmiotu.

Dźwiganie jest tu właśnie słowem-kluczem. Oczywiście nie chce nam się chodzić z torebką także dlatego, że wyglądamy z nią po prostu debilnie, ale jednak jej ciężar, a nie brak walorów estetycznych w połączeniu z męską, owłosioną ręką, jest tutaj czynnikiem decydującym.

Żeby nie było – my, mężczyźni, jesteśmy przyzwyczajeni do taszczenia różnych rzeczy. Latem przenosimy meble podczas remontów, zimą przebieramy się za świętych Mikołajów i wręczamy najmłodszym w rodzinie prezenty. Robimy to, bo wiemy, że tak wypada. Że skoro ktoś ma jako taką tężyznę fizyczną, to powinien z niej korzystać.

Czasem.

Problem w tym, że nasze panie nie noszą swoich torebuń raz w tygodniu czy miesiącu tylko robią to codziennie. A że my dzień w dzień chodzimy u ich boku, to aby zaspokoić pragnienia niewiast, musielibyśmy dźwigać ich klamoty bez przerwy. Miałoby to jeszcze jako taki sens gdyby człowiek wiedział, że dziewczyna X ma w tym kilkunastokilogramowym pojemniku bez dna, który spokojnie mógłby służyć za sprzęt do treningu w siłowni, tylko potrzebne rzeczy.

Niestety, prawda jest zgoła odwrotna – 90% stuffu w damskiej torebce to przedmioty kompletnie nieprzydatne. Pęk kluczy wielkości głowy noworodka, pięć magazynów typu „Twój Styl” (większość sprzed roku albo i dwóch) szczotka do włosów (bez ząbków), suszarka do włosów (oczywiście niedziałająca), dwadzieścia gumek do włosów (w kolorach modnych w 1998 roku), lakier do włosów (a właściwie jego resztki), zepsuty śrubokręt, wyszczerbiony widelec, prezerwatywy w liczbie dziesięciu opakowań, litrowa woda, scyzoryk, dwa telefony i jeszcze dziesięć rachunków z 2003 roku, zachowanych chyba z sentymentu – tak to mniej więcej wygląda.

Przeciętny gość ma świadomość zawartości torebki, dlatego ani myśli jej tachać. My, faceci, odbieramy świat zero-jedynkowo, a więc prosto, w sposób niemal prymitywny, ale też praktyczny. Śmierdzę to zmieniam koszulkę, zarosłem, więc idę do fryzjera, chcę mi się piwa, to tankuję, idę na spacer, to biorę ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, czyli telefon i portfel.

Komuś, kto rozumuje w ten sposób, nie mieści się w pale, że można nosić 8h dziennie, na pełen etat, torebkę o wadze małego Chińczyka. W związku z tym, jak świat długi i szeroki, pary ZAWSZE będą się kłócić, a czasem i rozstawać, przez tę błahą z pozoru sprawę. No chyba, że panie zmienią swoje podejście. Ale na to bym raczej nie liczył. Już prędzej można mieć nadzieję, że projektanci mody, było nie było faceci, przeważnie wrażliwi na krzywdę innych mężczyzn geje, zlitują się kiedyś nad nami i zaczną tworzyć tylko małe torebeczki, tak zwane kopertówki.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑