Dlaczego korzystanie z męskiej publicznej toalety jest obrzydliwe i krępujące jednocześnie

Opublikowano Listopad 22, 2013 | przez MB

200023018-001

Znam facetów, którzy mają problem z korzystaniem z publicznych toalet. W ogóle mnie to nie dziwi, bo jestem jednym z nich. Głównie chodzi o wypróżnianie się. Redakcyjny kolega Pato pisał o klocku pozostawionym w klozecie, ja napiszę o okolicznościach towarzyszącym robieniu dwójki w „towarzystwie”.

Wybaczcie, że temat z kręgu fekalnych powraca niczym bumerang, ale jestem na świeżo po serii spostrzeżeń natury socjologicznej. Korzystanie z toalety w takim centrum handlowym, to wcale nie jest przyjemna rzecz. Przede wszystkim dlatego, że dostęp do niej ma absolutnie każdy. W tym także każdy menel, bo na bramce do kibli jeszcze selekcji nie widziałem. Za to kloszarda wytaczającego się z kabiny, z której jeszcze chwilę temu chciałem skorzystać, owszem. Nie muszę chyba tłumaczyć skąd wzięła się błyskawiczna zmiana decyzji. Ciężko z takim w tramwaju jechać, a co dopiero korzystać po nim z muszli klozetowej.

Ale to nie jedyna rzecz, która zniechęca mnie do dumania w publicznych miejscówkach. Tzw. posiedzenie kojarzy mi się z kameralną i bardzo prywatną czynnością, w trakcie której nawet można się zrelaksować (o czytaniu książek na kiblu już pisałem, inni zabierają tam ze sobą nawet laptopa). Kolejka spiętych i oczekujących na swoje pięć minut kolesi wywołuje we mnie poczucie niesamowitej presji. Głównie, gdy ciągle ktoś próbuje otworzyć drzwi, mimo że z zielonego przeskoczyło na czerwone (czerwone oznacza „zajęte, kurwa!”). A wtedy ani się nie zrelaksujesz, ani się nie wysrasz.

Do tego wszystkiego musisz ścierać się z odgłosami dochodzącymi z sąsiednich kabin. One potrafią być doprawdy zaskakujące. Gama westchnień i warknięć jest bardzo szeroka. Najczęściej spotykana onomatopeja to poczucie ulgi. To coś typu „uff…” albo „ooo…”. Że wreszcie, że już.

Zaraz potem w rankingach plasuje się dźwięk, który można zapisać jako „yyyyy…”, czyli siłowe wspomaganie upartego kreta. Niektóre samce robią to też na „a” albo „e”. Albo nad wyraz stękają, skręcają się z bólu, chrząkają i syczą.  No i są też charakterystyczne plumknięcia, które oznaczają tylko jedno – misja wykonana.

Równie dekoncentrujące bywają rozmowy. Czasem goście siedząc na kiblu odbierają telefon. Próbujesz pozbyć się z własnego ciała obiadowego mielonego albo wczorajszego kebaba, a koleś zza dykty nawija o tym, co upichciła mu mamusia, bądź też o tym, jak obracał pannę poprzedniego wieczora. Choć komórka to jeszcze pół biedy. Zdarza się, że typy potrafią gadać ze sobą przez kabiny. Przeważnie o tym samym. A jaka jest żelazna zasada męskiej toalety (o której zresztą też pisałem)? Żadnego konwersowania.

Poza tym faceci to oblechy. Sam po sobie nie chciałbym korzystać z kibla, a co dopiero po obcym fagasie. A czasem niestety trzeba…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑