Dlaczego nie oszalałem na punkcie „House of Cards”

Opublikowano Marzec 12, 2013 | przez ZP

House of Cards

Zanim włączyłem pierwszy odcinek „House of Cards”, przeczytałem tuzin entuzjastycznych recenzji na temat tego serialu. Polskich oraz amerykańskich. „Genialny”, „wyjątkowy”, „fantastyczny” – od wszystkich przymiotników chwalących tę produkcję mogły rozboleć oczy.

Wrażenie robiło też coś innego: średnia serialu na filmwebie. 8,6 w dziesięciopunktowej skali to doprawdy wynik zarezerwowany tylko dla najlepszych.

Pomny tego, że czeka mnie randka z wyjątkowym filmem, przygotowałem się do niej solidnie. Może nie założyłem najlepszych, niedzielnych jeansów, ale kupiłem butelkę dobrego wina, zrobiłem ulubioną pastę i tak przyszykowany do zajęć odpaliłem pierwszy odcinek.

Spodziewałem się czegoś, co wciągnie mnie tak,  jak „Homeland” lub „Jak poznałem waszą matkę”. Oglądając te filmy nie zwracałem uwagi na nic wokół, dziesięć metrów ode mnie mógłby wybuchnąć granat, a ja nawet nie oderwałbym wzroku od ekranu – byłoby mi żal stracić kilka cennych sekund serialu.

Tymczasem po dwudziestu minutach „House of Cards” zacząłem się zastanawiać, co zrobić sobie na jutrzejsze śniadanie. Potem myślałem sobie, że mam ochotę na gorącą kąpiel.

Stopień mojej dekoncentracji nie świadczy oczywiście o tym, że to słaby serial. Tego w życiu nie ważyłbym się napisać. Pierwszy sezon „House of Cards” jest dobry, ale… nic więcej. Ogląda się go przyjemnie, tak jak dziesiątki innych filmów w życiu. Produkcja ta nie ma jednak tego czegoś, co odróżnia porządne seriale od tych wybitnych.

W „House of Cards” niby wszystko się zgadza. Główny bohater jest dobrze skrojoną postacią: Kevin Spacey wymiata jako cyniczny polityk, doskonale odnajdujący się w brutalnym świecie waszyngtońskich rekinów. Jego relacje z żoną, z młodą, zdolną dziennikarką i z asystentami są pokazane wielowarstwowo, niebanalnie. Przyjemnie patrzy się też na walkę tego inteligentnego cwaniaka z poszczególnymi typkami spod ciemnej gwiazdy, które chcą go skompromitować, a tym samym złamać mu karierę.

Mimo tych wszystkich plusów nie jestem w stanie piać z zachwytu nad „House of Cards”. W skali 1-10 dałbym mu siódemkę, ale nic więcej. Głównie dlatego, że brakuje mi w tym serialu dynamiki – zwrotów akcji. Wszystko toczy się w tempie 0-1-0-1-0-1, bez większego pierdolnięcia, a umówmy się, to odciąga uwagę widza, ludzie nie lubią statyczności.

Minusem jest też brak drugiego równie wyrazistego głównego bohatera co Frank Underwood (Spacey). W „Homeland” Carrie Mathison i Nicholas Brody zaciekawiali w takim samym stopniu, oboje byli genialnymi pierwszoplanowymi postaciami. W „House of Cards” mamy Franka, potem długo, długo nic i dopiero całą resztę. Przepaść jest za duża. Przy piątym-szóstym odcinku człowiek może w nią wpaść i już się nie wykaraskać – zanim to zrobi, znajdzie sobie inny, lepszy serial.

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Kulisy amerykańskiej polityki
Dynamika akcji
Cynizm żony Underwooda

Podsumowanie: Spacey jest świetny. Gdyby pozostali aktorzy byli tak dobrzy, jak on, gdyby akcja była nieco dynamiczniejsza, mielibyśmy hit. A tak jest tylko dobrze.

3.7


Ocena użytkowników: 3.7 (20 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑