Dlaczego omijam Empik szerokim łukiem?

Opublikowano Luty 23, 2016 | przez lucky bastard

empik

Ostatnio jeden z artystów w wywiadzie u Rawicza powiedział, że płyta w Empiku to w zasadzie tylko taka picówa – niby jest, można ją kupić, ale tak naprawdę to bardziej… forma promocji. Poleży na półce, uderzy po oczach zajebistą okładką – a nuż ktoś się zainteresuje. W pesymistycznej wersji – kupi krążek za cztery dyszki, a ja nie będę miał z tego nawet na kebsa. W optymistycznej – zajara się na tyle, że kiedyś przyjdzie na koncert (z którego dola będzie znacznie większa), a może nawet w przyszłości kupi koszulkę z moim logiem (a wtedy to już w ogóle). W skrócie wygląda to tak: jeśli produkt kosztuje 40 złotych, połowę z tego zabiera Empik. 20 złotych idzie do wydawnictwa, autor ma z tego cztery złote, w porywach do pięciu.

Jak to, płacę cztery dyszki, a artysta dostaje z tego ledwie jakiś ochłap? Sorry – nie do końca pasuje mi taki układ.

Jeżeli mam prawo wyboru – a mam – to chętnie z niego korzystam i omijam Empik szerokim łukiem, mimo że nie znam w Polsce drugiej sieciówki, która aż tak zmonopolizowałaby swój rynek. W kupowaniu sztuki widzę nieco głębszy sens niż w kupowaniu soku, który wypijam i nie przywiązuje do niego żadnej wagi. Nie wystarczy mi, że jest tani i dobry. Kupuję książkę, żeby przeczytać świetną historię, ale też żeby w jakiś sposób odwdzięczyć się autorowi za dwa kapitalne wieczory, wesprzeć go, sprawić, że nie rzuci wszystkiego w cholerę i będzie dalej pisał.

No sorry – jakbym ja był artystą i przypomniałbym sobie o wszystkich nieprzespanych nocach, sercu włożonym w ogarnięcie najmniejszych detali, desperacji, strachu, nieustannych wątpliwościach jak to zostanie przyjęte, a później ktoś powiedziałby mi, że suma sumarum zgarnę taką samą bułę co kasjerka – to bym się wkurwił. Po prostu bym się wkurwił.

Twój wybór – jako odbiorcy – jest prosty:

a) kupujesz w Empiku i twoje pieniądze lecą do artysty, wydawcy, drukarni/tłoczni, kasjerki, sprzątaczki, dostawcy, kierowniczki sklepu, najemcy, marketingowców, fiskusa i ZAIKS-u,

b) kupujesz u źródła i ta sama kasa idzie do artysty, wydawcy, drukarni/tłoczni, fiskusa i ZAIKS-u (dwa ostatnie opcjonalnie).

Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której bardziej opłaca się wydawać sztukę na własną rękę, bez pomocy oficjalnych podmiotów. Weźmy na przykład środowisko rapowe, w którym przez lata każdy dążył do tego, żeby zostać zauważonym, żeby ktoś pomógł, zaproponował kontrakt i bilet do lepszego świata. Dziś – to jakiś relikt. I to zupełnie nieopłacalny relikt. Kiedyś pierwszą lepszą ofertę z wytwórni artysta przyjmował z pocałowaniem ręki. Obecnie – wszelkim wydawnictwom to on każe całować… klamkę.

Od jakiegoś czasu staram się dbać o to, gdzie kupuję szeroko pojętą sztukę. Mój pierwszy krok – strona/sklep artysty. Jeśli prowadzi taką działalność, sprawa załatwiona. Jeśli nie – szukam adresu jego wydawnictwa. W skrajnych sytuacjach – idę do jakiejś innej księgarni, do „Matrasa” czy „Świata Książki”, które narzucają znacznie mniejsze marże. Kozackim pomysłem jest też zakup np. płyty bezpośrednio od artysty, na koncercie – zawsze to opcja, żeby zbić piątkę czy wypić kielicha. Testowane nie raz.

Oczywiście takie rozwiązania niosą za sobą szereg nieudogodnień, na które trzeba się przygotować:

a) zdarza się, że możesz przepłacić (dochodzą ci koszty za przesyłkę),
b) najczęściej kupujesz w ciemno (a nuż w Empiku uznasz papier książki za dramatyczny i odechce ci się jej czytać)
c) czekasz,
d) nie ma efektu wow – wchodzisz do Empiku i przypominasz sobie jakiejś książce (to już premiera!!!) i jesteś gotów rzucić wszystko, żeby ją przeczytać tu i teraz,
e) musisz poświęcić na zakup więcej czasu – znaleźć odpowiednią stronę itd., do Empiku wchodzisz zupełnie przy okazji.

Jeszcze jeden argument przeciwko Empikowi – on uzależnia. Ile razy mieliście tak, że weszliście, zajarały was 33 książki, z czego kupiliście trzy, przeczytaliście jedną, a reszta kurzy się do tej pory, bo nie ma kiedy do nich zajrzeć? Standard. Ten sklep pochłania, tak po prostu. Generuje w nas ochotę do zakupu piętnastu rzeczy, których i tak nie będziemy w stanie ogarnąć.

Dlatego jeśli mam prawo wyboru – to wolę napchać kieszeń gościowi, który poświęcił kupę czasu i energii, żeby ten materiał w ogóle stworzyć. Kiedy chodzi o pudełko gwoździ czy karton fajek – mam to gdzieś, kto i ile za to przytuli. Oczywiście znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że tylko sponsoruję marnym ochlejmordom kolejnego kielicha – może i tak. Znacznie częściej wspieram jednak walkę o to, czy wypuszczony materiał zwyczajnie się zwróci.

A ja wolę, żeby zwrócił się materiał, niż żeby artysta stwierdził, że rzyga na to wszystko.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑