Dlaczego warto być uprzejmym i co można na tym zyskać

Opublikowano Czerwiec 29, 2013 | przez MB

kelnerka3

Ulubione zdanie mojego znajomego dziennikarza brzmi: „Nienawidzę ludzi, którzy nie są uprzejmi”. Trudno się dziwić. Chamstwa jest wszędzie pełno, do czego ciężko jest się przyzwyczaić. Dlatego od czasu do czasu warto ludziom przypominać, że warto być grzecznym.

Człowiek miły, kulturalny, uśmiechnięty na co dzień ma zdecydowanie łatwiej. Pod warunkiem, że nie szczerzy się jak głupi do sera. Ludzie permanentnie szczęśliwi regularnie posądzani są o narkomanię. Jednak Ci, którym udało się znaleźć złoty środek w wyrażaniu własnego zadowolenia, zyskują na każdym kroku. Jeśli do tego mają jeszcze zadbane zęby i wyjściowy ubiór, mogą załatwić praktycznie wszystko.

Na uśmiech oraz miłe słowa niemal za każdym razem da się wejść do teatru bądź kina na krzywy ryj. Uprzejme potraktowanie obsługi placówki zawsze przynosi pożądane rezultaty i za każdym razem dziwnym trafem znajdują się wolne miejsca na widowni. Wtedy wypada odwdzięczyć się czekoladkami lub skromnym storczykiem.

Czyli oszczędzamy pieniądze.

Dobrego wychowania nie powinno się szczędzić w klubach. Umiejętne zachowanie w towarzystwie bramkarza albo bileterki procentuje szybszym wejściem, darmowym wstępem lub otrzymaniem pieczątki, gdy szef nie patrzy. Przydatne jest również w dalszym etapie imprezy. Kiedy chcemy oderwać od stada jakąś słabszą sarenkę, dostać drinka bez kolejki lub skitrać kurtkę za barem. Nikt nie jest tak podatny na komplementy, jak pijane laski i barmanki. Często może być to jedna i ta sama osoba.

Czyli zyskujemy +10 do towarzyskiego fejmu.

Miłym nie zaszkodzi być także w znienawidzonych urzędach. Te panie zza okienka jedynie wyglądają na niewzruszone. W rzeczywistości od każdego wysłanego w ich kierunku uśmiechu miękną im nogi. Każdą sprawę załatwią w try miga, jeśli tylko okaże im się trochę serca. Po sześciu godzinach w kolejce może być to trudne do wykonania, ale warto zagryźć zęby i nie puścić wiązanki. Babuleńki siedzą tam, użerają się z setkami narzekających petentów, przybijają te pieczątki, wypełniają jakieś durne formularze, a przerwy obiadowej mają trzydzieści sekund. Okażmy trochę zrozumienia.

Czyli kształcimy czysto ludzkie odruchy.

Miejscem, w którym dobre maniery liczą się podwójnie jest restauracja. Tam współczynnik ryzyka jest niezwykle wysoki. Jeden niewłaściwy ruch i jesteśmy w czarnej dupie. Największym szacunkiem darzyć trzeba kelnera. To szara eminencja każdej knajpy, która pod płaszczykiem służbowego uśmiechu może z twoim daniem zrobić wszystko. Dla najgorszych klientów przewidziane jest plucie do zupy, sikanie do frytek, dodawanie absurdalnych ilości soli, środków przeczyszczających, przypadkowe potknięcie z gorącym talerzem, incydentalne oblanie winem. Coś niby źle policzą, niby przeproszą, na rachunku będzie stówa więcej, a tak nawiną makaron na uszy, że i tak wszystko będzie się zgadzać.

Dlatego zawsze mówimy „dzień dobry”, „dziękuję”, nie ociągamy się z zamówieniem, jemy nożem i widelcem. Po spożytym posiłku warto pochwalić potrawę i przyszpanować drobnym napiwkiem. Kelner z pewności doceni wszystkie starania i niewidzialna kara ominie nas jak Polaków mistrzostwa świata w Brazylii.

Czyli nadal cieszymy się świetnym zdrowiem i jemy smaczny posiłek.

Są też instytucje, które charakterem swojej działalności wręcz narzucają człowiekowi bycie miłym i korzystnie jest tę subtelną aluzję w porę wyłapać. Np. przychodnia lekarska. Wizyta na dogodną godzinę = dwa komplementy, jedno wspomnienie o pogodzie i jeden zwrot grzecznościowy. Recepta na tańsze zamienniki leków = pochwalenie lekarskiego krawata plus zwrócenie uwagi na elegancki wystrój gabinetu. Zwolnienie z wf-u = dostojny uścisk dłoni, kilka słów na temat wczorajszego meczu polskiej reprezentacji, docenienie starań polskiej służby zdrowia, pozytywna reakcja na lekarski dowcip. Skierowanie do najlepszego dermatologa w mieście = 200 zł.

Czyli jesteśmy traktowani jak ludzie.

Na samym szczycie sytuacji wymagających od nas nienagannych manier, cierpliwości i przyklejonego do ryja uśmiechu jest wizyta fachowca. Na samym starcie obowiązkowo proponujemy kawę lub herbatę. Fachowcy bardzo to lubią i rzadko kiedy odmawiają. Lubią też mówić. Dużo mówić. O swojej rodzinie, o polityce, poprzednim kliencie i wrzodach żołądka. Rzucają kawałami i anegdotami, w których trzeba żywo uczestniczyć. Inaczej majster się zniechęci i śrubki nie dokręci.

W ten sposób potraktowany mistrz na pewno się odwdzięczy. Swoją robotę wykona należycie, nie narazi nas na dodatkowe koszta związane z ponowną wizytą, zostawi po sobie porządek. Rzadko, bo rzadko, ale jednak zdarzają się takie przypadki, w których krzyknie dwie dyszki mniej.

Czyli zostajemy profesjonalnie obsłużeni zyskując zaufanego fachowca na długie lata.

Jedyną sytuacją, w której bycie uprzejmym nie przyniesie nam żadnych korzyści, jest pojedynek z kanarem.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑