Do utraty sił. Film, który wciąga po uszy od pierwszej minuty

Opublikowano Wrzesień 15, 2015 | przez Tomas

Czy można stworzyć film o tematyce sportowej, którego jeszcze nie było? Czy da się napisać historię boksera – wiedząc, jak wiele opartych na faktach czy wymyślonych scenariuszy już powstało – której nigdy wcześniej nie grali? Najnowsza produkcja „Do utraty sił” nie podejmuje na tym polu nawet walki. Banał w imię idei „od zera do bohatera, i z powrotem” wcale nie musi jednak nudzić. Co więcej, może zafundować porządną dawkę emocji.

Billy Hope (cóż za idealne dla bohatera nazwisko!) to postać, u której stóp leży cały świat. Droga na szczyt była wyboista: wychował się w bidulu, gdzie poznał miłość na całe życie, siedział w pace, ale za sprawą sportu nie skończył tam, gdzie skończyłoby wielu. Dziś jest królem. Wychodzi na ring i się śmieje. Bawi go to, że dostaje po ryju, że duża siła, jaką w swoje ciosy wkłada przeciwnik, nie robi na nim wrażenia. Nie robi uników, chyba nawet ich nie potrafi, nie trzyma gardy – po prostu wystawia się na ostrzał. Przyjmuje kolejne uderzenia, by oddać ze zdwojoną mocą. To jego taktyka. Głupia, a jednocześnie skuteczna.

Skuteczna, bo w ringu jeszcze nigdy nie przegrał. Głupia, bo kolejne walki, w których obrywa, zdają się wpływać na jego stan fizyczny i umysłowy. Mówiąc wprost: z obitą głową rozumu nie przybywa.

Image and video hosting by TinyPic

Jake Gyllenhaal jest w tej roli świetny. Dobrze zbudowany, umięśniony, wysportowany, ze wzrokiem prawdziwego wojownika. Na ringu wypada tak, jakby faktycznie spędził w nim pół życia. Poza nim – świetnie wczuwa się w postać pięściarza, który zawładnął światem. Z dumą mówi, że gigantyczna willa z basenem i droga sukienka na żonie Maureen (cudowna jak zwykle Rachel McAdams) to zasługa tego, jak boksuje. Po wygranych nie zgrywa skromnego, obdarowując swoją ekipę złotymi zegarkami. Jednocześnie Gyllenhaal w kapitalnym, naturalnym stylu przeżywa małżeńskie rozterki, słysząc w kłótni pytanie, czy to obrywanie po głowie jest tego wszystkiego warte. Walczy o rodzinę, swoje dobre imię, wreszcie powrót na szczyt.

No właśnie, bo film „Do utraty sił” to historia, którą wszyscy dobrze znamy. Tego, który wdrapał się na szczyt, w brutalnych i paskudnych okolicznościach stracił cały majątek – i ten materialny, i rodzinny. Początek drogi do miejsca, z którego spadł, zacząć może się tylko w jeden sposób: w brudnej sali treningowej u mocno zdyscyplinowanego trenera, który prowadzi dzieciaków, z wartościami i odmienną filozofią życia. Rzecz jasna, trener wyciąga pomocną dłoń, oferując przy okazji robotę nocnego sprzątacza. Za, cóż za zaskoczenie, minimalną płacę. Dwadzieścia metrów kwadratowych w kawalerce w nieciekawej dzielnicy stoi więc otworem…

Image and video hosting by TinyPic

Jakież to banalne, prawda? A mimo to, warto. „Do utraty sił” nakręcone jest tak, że wciąga po uszy od pierwszej minuty. Przeżywamy rodzinne tragedie Hope’a wspólnie z nim, każdy zadany mu cios – nie tylko ten na ringu – odczuwamy na własnej skórze. Sami też zagryzamy zęby, by odzyskać choć część tego, co utracone. Szacunek u innych i szacunek do samego siebie. Jesteśmy z nim i gramy w jednej drużynie do ostatniej sekundy walki.

Tym większe brawa dla Gyllenhaala, że potrafił wsadzić widownię na swój prywatny rollercoaster.

Komentarze

Urocza Rachel McAdams
Ścieżka dźwiękowa
Oryginalność historii
Rola Gyllenhaal

Podsumowanie: „Do utraty sił” nakręcone jest tak, że wciąga po uszy od pierwszej minuty. Przeżywamy rodzinne tragedie Hope’a wspólnie z nim, każdy zadany mu cios – nie tylko ten na ringu – odczuwamy na własnej skórze.

4.3


Ocena użytkowników: 3.8 (16 głosów)

Tagi:



Back to Top ↑