Dobrza, dobrza, Zbigniew Boniek i szok kulturowy. Redaktor Wyszło w Maroku

Opublikowano Grudzień 24, 2014 | przez MB

DSC_0811 - Kopia

Przed wyjazdem do Maroka straszono mnie wybuchami, zamachami i porwaniami. Tymczasem w najbardziej zapyziałej medynie czułem się bezpieczniej niż na własnym podwórku. Poza tym po spędzonym tam tygodniu przeżyłem szok kulturowy, który zapamiętam na długo.

Jeśli od czasu do czasu zdarza wam się użyć określenia „niezły burdel” na wyrost, to podczas podróży po Maroku na trasie Rabat – Fez – Merzouga – Rissani – Rabat byłoby jak najbardziej na miejscu. Pierwsze, co Europejczykowi rzuca się w oczy po przylocie, to wielki syf, nad którym nikt nie ma kontroli. Śmieci i odpadki leżą wszędzie: na ulicach, korytarzach, chodnikach, podwórkach, boiskach. Jak zdradził mi jeden z poznanych Berberów, edukacja dotycząca ekologii w Maroku jest na bardzo niskim poziomie. Choć właściwie nie musiał mi wcale tego mówić.

DSC_0771-min

Burdel panuje też na drogach. Jedynie w Rabacie byłem w stanie dostrzec przestrzeganie jakichkolwiek zasad ruchu drogowego. Wiadomo, stolica. W każdym innym miejscu – jazda bez trzymanki. Bez świateł, bez pierwszeństwa, bez trzymania się jednego pasa. Gdy w jednej z taksówek (a są tam całkiem tanie) próbowałem zapiąć pas, kierowca tylko popatrzył na mnie z politowaniem mówiąc łamaną angielszczyzną, że u nich się takich rzeczy nie robi, bo nie trzeba i już. Przyznam, że jadąc do Maroka nie pisałem się na występ w kolejnej części „Szybkich i wściekłych”, ale z czasem był z tego niezły ubaw i można było się przyzwyczaić.

DSC_0905

Gorzej z tą łamaną angielszczyzną. Choć oficjalne deklaracje są takie, że z tamtejszymi można się w języku Szekspira dogadać, to praktyka pokazuje, że naukę tego języka zakończyli na lekcji o kolorach. W restauracjach, na targach, na dworcach, w taksówkach – ni w ząb nie idzie się z nimi porozumieć. Nawet policjanci patrolujący okolice lotniska oraz jego pracownicy nie zostali w ten język „wyposażeni”. Co gorsza, problem ze zrozumieniem mnie miała też hotelowa obsługa w miejscowym oddziale jednej z międzynarodowych sieci szczycącej się sporą liczbą gwiazdek…

Oddając honor, ktoś o większym talencie do języków niż mój, byłby w stanie nawiązać łączność. Francuski i hiszpański są tam na porządku dziennym, więc pierwszy raz w życiu żałowałem, że dobre oceny z lekcji tego pierwszego języka podczas studiów zawdzięczam jedynie wrodzonemu urokowi osobistemu. Arabskiego i berberyjskiego nie uczyłem się nigdy, ale jeśli ktoś zna biegle, to oczywiście zapraszam do Maroka. Prawda jest jednak taka, że język, który mieszkańcy tego kraju władają najbieglej, to język pieniądza.

Tam dosłownie każdy każdego chce naciągnąć na kasę. Jako turysta miałem przerąbane. Nie pomogły liczne porady przeczytane w Internecie, podstęp czaił się na każdym kroku. Jeśli sam miałbym teraz jakąś wrzucić do sieci to napisałbym: nie wierzcie w marokańską bezinteresowność, szczególnie w medynach. Nastolatek chce pomóc ci w odnalezieniu drogi lub wskazanego miejsca? Na końcu zawsze poprosi o zapłatę. A jeśli nie chodzi mu o kasę dla siebie samego, to np. zaprowadzi cię w zupełnie inne miejsce, na przykład do restauracji, w której na co dzień pracuje, a żarcie tam kosztuje abstrakcyjnie dużo jak na Maroko. Taksówkarz chce cię podrzucić w trosce o twoje bezpieczeństwo? Najprawdopodobniej już ustalił kwotę, która wydoi cię do ostatniego dirhama (obowiązująca w Maroku waluta). Jeśli mu odmówisz, zacznie zaczepiać innych. Ale wcześniej zagada do ciebie jeszcze jakieś sto razy. Mi np. trafił się taki driver, który nie dość, że łatwo nie zrezygnował, to jeszcze… rzucił na mnie klątwę:

„Chcesz bezpiecznie trafić do celu, jedź ze mną, chcesz znaleźć drogę do piekła, idź sam.”

dirham

Najgorsi są jednak kupcy. Wszyscy próbują wcisnąć ci…

bullshit

Handel z nimi to istna droga przez mękę. Pięciokrotnie potrafią podwyższyć cenę towaru, dlatego rada pt. „jeśli coś kosztuje sto dirhamów, najprawdopodobniej jest warte czterdzieści”, była bezcenna. Handlarze są upierdliwi, nachalni, zdeterminowani i zdesperowani. Do stoisk wciągają niemal na siłę prezentując swoje wyroby niezależnie od wyrażonej woli, do nich słowo „nie” praktycznie nie dociera.

Trzeba jednak przyznać, że produkty, na przykład wyroby skórzane albo ceramikę, faktycznie mają unikalne i bardzo wysokiej jakości. Są to rzeczy wyrabiane ręcznie, solidnie i warto to docenić, ale zdecydowanie muszą popracować nad marketingiem. Najmocniej zapadło mi w pamięć spotkanie ze sprzedawcą dywanów. Po tym jak łaskawie przyjął do wiadomości, że jego asortyment jest za drogi, zaprowadził mnie i moją partnerkę do innego gościa, który też sprzedawał dywany. Tamte miały być tańsze. Oczywiście nie były i trzeba się było targować do upadłego. Opcja „wyjście” wówczas nie wchodziła w grę. Czuliśmy się osaczeni. Otoczeni zwisającą zewsząd wełną i berberskimi kupcami. Zeszliśmy do 220 dirhamów za dywan, właściwie chodnik, co, jak się okazało, nie było wcale złą ceną. Dobiliśmy targu i zostaliśmy z pierwszym sprzedawcą, który musiał wskazać nam drogę powrotną. Wyobraźcie sobie, że dziad oczekiwał od nas napiwku.

DSC_0806-min

 

DSC_0789-min

 

ceramika

Pomijając poczucie zagubienia, jakie towarzyszyło mi w starych miastach, szczególnie w Fezie, duże wrażenie zrobił szeroki wachlarz sprzedawanych na targach towarów. Od wspomnianych wyrobów skórzanych (torby, plecaki, buty, portfele) i ceramiki (talerze, miski, spodki) przez biżuterię, obrusy, instrumenty, magnesy, sprzęt grający, zabawki, jedzenie, płyty z muzyką i filmy (przemysł muzyczny i filmowy w Maroku wychodzą na ulicę) aż po żywe koguty i głowy wielbłądów.

filmy

Skoro już zeszło na wielbłądy – tak, jechałem. Przyjemność jazdy na tym zwierzu w skali dziesięciostopniowej oceniam na pięć. Komfort żaden, zapach intensywny, widoki cudowne. Choć dupsko bolało, a uda od miesięcy nie czuły takich zakwasów, to prawie dwugodzinną podróż na dromaderze warto było odbyć. Miejsce docelowe: obóz na środku Sahary. Noc spędzona na pustyni to punkt obowiązkowy wypadu do Maroka. Takiego nieba i takich gwiazd nie ma nigdzie indziej, mówię to ja, MB. Cała galaktyka jak na dłoni. A w głowie myśli o nieskończoności. O istnieniu równoległych światów i o tym, że w kontekście wszechświata taki redaktor Wyszło jak ja znaczy tyle co nic.

A Polska? Mogłoby się wydawać, że dla Arabów i Berberów znaczy równie niewiele. Nie w Maroku. „Dobrza, dobrza”, „prosza bardzo”, „spoko Maroko” to w turystycznych zagłębiach bardzo dobrze znane zwroty. Podobno w sezonie Polaków jest tam jak psów (albo bardziej jak kotów, bezdomnych kotów pałętających się po ulicach jest tam zatrzęsienie). Miejscowi świetnie znają też słowo „wodka”, dlatego że interesują się piłką nożną na nazwisko „Lewandowski” reagują gromkim „gol!” i przybijają żółwika. Starsi mieszkańcy nadal pamiętają o Bońku. „Rok 1986, Polska – Maroko, 0:0” – wspominają. W jednej z knajp wisiał nawet szalik piłkarski a jej właściciel posiadał bogatą kolekcję pocztówek od przyjaciół z Krakowa.

boniek_maroko

DSC_0823-min

Moje wspomnienia z Maroko nie ograniczają się jedynie do tego tekstu. Choć wycieczka trwała zaledwie jeden tydzień, wrażeń i doświadczeń przywiozłem co najmniej tyle, co z miesięcznej wyprawy. To kraj bardzo intensywny i wyczerpujący. Ludzie są tam życzliwi i mili, ale też absorbujący, głośni, niezorganizowani i kantujący. W wielu miejscach panują wręcz polowe warunki, a sanitariat jest mocno zaniedbany. W Fezie wraz z partnerką podczas wieczornego spaceru zgubiliśmy drogę powrotną do hotelu (riadu), docierając do Merzougi spędziliśmy dziesięć godzin w autobusie, wracając z Merzougi drugie tyle, na pustyni warunki nie sprzyjały odprężeniu, bo w grudniu jest tam strasznie zimno. Wróciłem więc trochę psychicznie zmęczony i niewyspany.

I choć przedstawiony przeze mnie obraz Maroko nie zawsze przybiera jasne barwy, to wierzcie mi, że pobyt tam to przygoda. Próba nerwów, cierpliwości i wyrozumiałości, a jednocześnie pouczające spotkanie z szacunkiem do człowieka jako jednostki i troską o jego zadowolenie. To oczywiście także niesamowite zderzenie kulturowe. W moim przypadku zakończone szokiem.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑