Dojarka działa bez zarzutu, ale i tak postanowili ją ulepszyć. Zmiany w egzaminach na prawko

Opublikowano Marzec 16, 2016 | przez lucky bastard

driving-test_1998020b

WORD. Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego. W teorii instytucja odpowiedzialna za przeprowadzanie egzaminu państwowego dla ludzi ubiegających się o prawo jazdy, w praktyce – zwykła dojarka kasy. Gdybyśmy mieli stworzyć „listę tworów do natychmiastowego zaorania”, WORD-y z pewnością biłby się o czołowe lokaty.

Oczywiście sama instytucja, która będzie decydować o tym, kto ma wystarczające umiejętności, by legalnie zasiadać za kółkiem, a kto ma potencjał, by na rodzimych wertepach jedynie „robić Kubicę”, jest potrzebna. To jasne jak czupryna tego gościa ze Scootera. W dzisiejszym kształcie WORD-y tę funkcję spełniają, ale przy okazji nabijają ludzi w butelkę. Albo inaczej – przede wszystkim nabijają ludzi w butelkę, a przy okazji spełniają tę funkcję.

Niby powinniśmy być już przyzwyczajeni do tego, że jest z tysiąc kuriozalnych powodów, przez których można oblać test na prawko. A nawet jeśli nie daliśmy egzaminatorowi żadnego z nich, to ten i tak coś wykombinuje – tak żebyśmy musieli wesprzeć firmę, w której jest zatrudniony, wpłacając na jej konto grubo ponad 100 złociszy… A potem jeszcze raz i kolejny, a najlepiej jeśli damy jeszcze znów zarobić  kumplowi ze szkoły jazdy – doszkalanie ważna rzecz. Jednak z każdą kolejną zmianą, mamy wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za kształt egzaminów wystartowali w jakimś konkursie, który wygra ten, kto bardziej naciągnie zwykłego człowieka.

Właśnie dali oni egzaminatorom do rąk nowe narzędzie, za pomocą którego można to robić. A ci z niego chętnie korzystają. Przeczytaliśmy o tym w Dzienniku Wschodnim, pozwólcie, że zacytujemy fragment.

„Chodzi o jazdę po łuku. Zmieniły się przepisy i podczas tego zadania trzeba m.in. uruchomić silnik, zapalić światła, spojrzeć się w prawo, lewo i dopiero zacząć jazdę. Ważna jest kolejność. Ludzie w stresie zapalają światła przed uruchomieniem silnika albo zapominają spojrzeć w prawo i lewo. I to już jest powód do oblania egzaminu”.

Ktoś najpierw pstryknie światła, a później odpali silnik – wielka zbrodnia, koniec świata, egzaminatorzy powinni nie tylko oblewać takiego gagatka, ale też od razu zgłaszać sprawę na policję! No kurwa mać, ręce opadają. Nawet nie chce nam się poważnie rozważać, czy to może mieć jakiekolwiek znaczenie przy ocenie tego, czy ktoś potrafi się posługiwać samochodem na tyle, by wypuścić go w nim na ulicę. Kuriozum do kwadratu. Chyba równie dobrze można by oblewać ludzi za źle wyprasowaną koszulę, nieświeży oddech lub rozdwojone końcówki.

I niestety w tym kierunku to chyba zmierza. Niby ciężko mieć do kogoś pretensje o to, że nie chce zarżnąć kury znoszącej złote jajka, ale moment, w którym ktoś powinien walnąć pięścią stół i powiedzieć, że to już przesada, nastąpił dawno temu. Kiedyś egzaminy na prawo jazdy kojarzyły się w dużej mierze z korupcją i łapówkami, a mimo to… kojarzyły się lepiej niż dzisiaj. Duża sztuka, aparat państwowy (tak to umownie nazwijmy) spisał się na medal.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑