Duchowa rewolucja się nie opłaca. Snoop Lion debiutuje

Opublikowano Maj 10, 2013 | przez MB

snoop

Tak się właśnie kończy, kiedy pali się za dużo zioła. Człowiek jedzie na Jamajkę, przechodzi duchową rewolucję i zaczyna udawać Boba Marleya. Nawet jeśli jest uznanym raperem i alfonsem, który jeszcze wczoraj nawijał o dziwkach i koksie. Dziś śpiewa o nadejściu bliżej nieokreślonego króla.

Na płycie Snoop Liona zgadza się właściwie tylko jedno: weed. Raper przyznał kiedyś, że potrafi wypalić osiemdziesiąt jonitów jednego dnia. Tak przynajmniej twierdzi popularny internetowy obrazek, a ja jestem skłonny mu wierzyć. No bo kto inny, jak nie Snoop? Nie bierzemy pod uwagę swojego najlepszego kumpla z roku, tylko gwiazdy show-biznesu.

„Szukaliśmy autentycznego brzmienia reggae i związanego z nim przesłania. Okazało się, że w pełni oddaje ono to, kim jestem i czym się kieruję w życiu prywatnym. Natomiast płyta <<Reincarnated>> to hołd złożony twórcom reggae, który mam nadzieję pozwoli nam dotrzeć także do zupełnie nowej publiczności.”

Póki co publiczność zaczyna się od Snoopa odwracać. Album zaliczył katastrofalny pierwszy tydzień i sprzedał się w nakładzie zaledwie trzydziestu dziewięciu tysięcy. To dopiero szesnaste miejsce w zestawieniu Billboardu! Multiplatynowy sukinsyn ma się czego wstydzić. Nie dość, że duchowa rewolucja okazała się nieopłacalna, to na dodatek zaowocowała mizerną płytą. Choć właściwie wcale nie tak… rewolucyjną, jak artysta szumnie zapowiadał.

Ani to reggae, ani dancehall. R&B i rap też nie. Więc co? Wszystko i nic. Z jednej strony odpowiedzialny za produkcję Supa Dubs, Mavado oraz Popcaan, z drugiej Akon, Rita Ora, Chris Brown, Drake i Hannah Montana. To zestawienie przypomina zwodzony most łączący Jamajkę ze Stanami, który chwieje się niebezpiecznie na wszystkie strony.

Do całkowitego zerwania, upadku w przepaść, połamania wszystkich kończyn i śmiertelnego poturbowania wnętrzności zabrakło niewiele. Na „Reincarnated” są piosenki, których na Jamajce na pewno nie chcieliby usłyszeć. Wśród nich „Ashtrays And Heartbreaks” z gościnnym występem Miley Cyrus, „Tited Of Running” (tutaj udziela się Akon) i “La La La”. Najbrzydszy jest chyba jednak “Get Away”, który przypomina mi szmirowatego Pitbulla. Gdyby Snoop miał honor, strzeliłby sobie w łeb.

Pocieszający jest fakt, że nie każdy kawałek to powód do zapadania się pod ziemię. Dokładnie dwa dają radę. Singlowy „Here Comes The King” i „Lighters Up” to rzetelne i chwytliwe numery, które jednak nadal z reggae niewiele mają wspólnego.

Album jest sterylny, gładki i lśni się jak psu jajca. Syntetyczna produkcja Major Lazer skutecznie zabija ducha Jamajki, o ile kiedykolwiek takowy na „Reincarnated” się pojawił. Snoop najwyraźniej przeraził się społecznego linczu i exodusu z gangsta-rapowego środowiska, od którego i tak oddalił się już jakiś czas temu. W efekcie płyta jest zachowawcza i bez charakteru. Umiejscowiona gdzieś w okolicach średniej wypadkowej gustu przeciętnego amerykańskiego słuchacza.

Ogólny trend jest taki, żeby mieszać Snoopa z błotem za to, co zrobił ze swoją muzą. Trudno się dziwić. Niegdyś gangster, obecnie mesjasz. Oszczędzam mu więc brutalnych słów, bo i tak byłyby na wyrost. Pamiętam, że to ten sam koleś zrobił „Just Dippin’” i „Nuthin’ But A G Thang” i jest mi trochę lepiej. I ciągle mam na względzie, że na „rewolucyjną” płytę zatrudnił zdolną Polkę („The Good Good” feat. Iza Lach). Miły gest. Tylko jedna drobna uwaga: zasada „keep calm and smoke weed everyday” w niektórych przypadkach grozi duchową przemianą. Wydanie „Reincarnated” – finansową katastrofą. Słuchanie – torsjami.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑