Dwie twarze kelnerów z dobrej, drogiej restauracji

Opublikowano Lipiec 11, 2013 | przez ZP

Generic pic of a waiter.

Każdy z nich pali trzeciego szluga w ciągu kwadransa. Pomiędzy zaciąganiem się papieroskiem krzyczą, bluźnią, skaczą. Zachowują się jak dzicz, zero klasy. Kim są? I tu zaskoczenie – nie menelami spod bloku, a… kelnerami i kucharzami jednej z najelegantszych warszawskich restauracji.

Mieszkam w kamienicy pod którą jest knajpa. Nie byle jaka pizzeria czy pierogarnia, a naprawdę wytworna restauracja. Widywałem w niej znanych polityków, aktorów i sportowców. Ładny wystrój, dobre jedzenie, położenie w samym centrum miasta – to wszystko przyciąga celebrytów, mimo wysokich nawet jak na warszawskie standardy cen.

Sam też czasem wpadam tam ze znajomymi, czasem przychodzę sam. Miło jest zjeść w miejscu, w którym dania są duże i smaczne. A kawa dobrze zaparzona, tak, że stanowi fajny dodatek do lektury ciekawej książki.

Zarówno strawę jak i małą czarną przynoszą, naturalnie, kelnerzy. Eleganccy, ale raczej niewyględni, właściciele ewidentnie nie dobierali ich pod kątem fizycznej atrakcyjności. Nic to, grunt, że ci ludzie potrafią obsługiwać gości. Są mili, rozmowni, czasem usłużni aż do przesady. Prezentują postawę typową dla młodych ludzi liczących na sowity napiwek od lepiej usytuowanych społecznie gości. Niestety, po drugiej stronie kamienicy pokazują drugą twarz…

Lipcowe popołudnie, słucham w sypialni jazzu, leżę w łóżku, odpoczywam. Chillout przerywają bluzgi, dużo bluzgów. „Kurwa” miesza się ciągle z „ja pierdolEM”, „jebać to”, „chuj” itd. Sam klnę, więc nie mam nic przeciwko temu, żeby czasem, dla dodania pikanterii wypowiedzi, polecieć wulgaryzmem, ale to, co dzieje się na dworze, to gruba przesada, rynsztok właściwie.

Dyskretnie wyściubiam nos za okno myśląc, że w podwórzu zagnieździli się jacyś zagubieni w śródmieściu dresiarze, a tu proszę, nic takiego. Autorami tego festiwalu prostactwa i buractwa są znani mi z knajpy, dobrze ubrani kelnerzy wokół których stoi kilku brudnych, dziwacznie wystrojonych tęgich samców, kucharzy jak mniemam. Panowie odpalają peta od peta i jadą na maksa, wszystko trwa kwadrans. Mniej więcej po godzinie sytuacja się powtarza. I tak dalej, i tak dalej, kilka razy dziennie, każdego dnia. Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, rzadko bywam w mieszkaniu, a jak już w nim jestem, to raczej siedzę  w innym salonie, usytuowanym nad knajpą, a nie nad kuchnią, z tej strony pracownicy prezentują elegancję-Francję, a nie podwórkową łacinę.

Zastanawia mnie tylko, skąd u tych ludzi tak zróżnicowane zachowanie? Jak to możliwe, że ktoś o 16.01 jest kulturalnym, młodym człowiekiem z klasą, a o 16.03 zamienia się w ostatniego wieśniaka?

Do głowy przychodzą mi dwie odpowiedzi: kiedy ci goście są na świeczniku, to po prostu udają. Płaszczą się przed klientami nakładając maskę sympatycznych, podczas gdy tak naprawdę ich prawdziwa, ukryta pod nią twarz to gęba prostaka, który swobodnie czuje się nie na salonach, nie podczas bankietów, a w remizie, a najlepiej przed nią, kiedy dochodzi do regularnego mordobicia.

Druga ewentualność: to wrażliwi, zacni ludzie, których jednak męczy regularne, kilkunastogodzinne nadskakiwanie innym. Wierzą, że są stworzeni do czegoś lepszego, większego, myślą, że to oni powinni być obsługiwani, a nie obsługiwać, dlatego kiedy schodzą ze „sceny” do „garderoby”, to totalnie puszczają im jakiekolwiek hamulce. Jadą po wszystkim i po wszystkich żeby sobie ulżyć, w tym samym celu palą, a kto wie co robią jeszcze w kuchni, czy raz na jakiś czas któryś z nich nie rozładowuje emocjonalnego napięcia poprzez ejakulację do ziemniaczanego puree czy też jakiegoś mięsnego sosu, różnie to może być.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑