Dwunastu gniewnych ludzi? Sprawdźcie zebrania wspólnoty mieszkaniowej

Opublikowano Październik 16, 2015 | przez Gofrey

comment_4XEpay722hsARWIgjNLoQ6l6Zqk30aA5

Zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Znacie coś takiego? Jeśli los dał wam niewiarygodną szansę prowadzenia remontu łazienki na trzech metrach kwadratowych i próbę upchnięcia wanny w pomieszczeniu półtora metra na półtora metra – prawdopodobnie wiecie o co chodzi. Blok. Kamienica. Czasem wieżowiec.

W każdym razie – miejsce, w którym mieszka kilka albo kilkanaście rodzin, miejsce, gdzie w teorii łatwo o intymność i anonimowość, ale i miejsce, gdzie – jak się okazuje – wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.

Jeśli więc żyjecie w takim budynku, na pewno znacie typowo sąsiedzkie problemy. A to trzy sąsiadki debatują nad graffiti na frontowej stronie bloku. A to sąsiad z synem majstrują przy drzwiach od klatki, które zbyt mocno trzaskają. Generalnie każdy patrzy na siebie z umiarkowaną życzliwością przy kolektywnym dbaniu o wspólne mienie. Jest od kogo pożyczyć cukier, jest kogo zapytać, czy listonosz już był. Ba, jest nawet z kim ponarzekać, że w bloku z drugiej strony jest więcej posiadaczy aut, przez co nasz parking jest wiecznie wypchany.

Chciałoby się rzec: sielanka. Idylla. Żyjemy obok siebie, nie razem, ale obok, tolerujemy się, obrzucamy serdecznymi uśmiechami, gdy ślizgamy się na świeżo wypolerowanej podłodze klatki schodowej i gdy śnieg przysypie drzwi tak, że ciężko je otworzyć. Ale potem przychodzi D-Day. Przychodzi dzień zapłaty. Przychodzi dzień, w którym zbiera się wspólnota, na przykład po to, by wybrać zarząd albo podjąć jakże ważną decyzję o zakupie nowej kłódki do bramki parkingowej.

Znikają uśmiechy.
Znikają pogaduszki.
Znika życzliwość.

Zaczyna się twarda polityka. Ciekawie jest już na wstępie, gdy trzeba wybrać przewodniczącego zebrania. Frakcja konserwatywna – zwolennicy starego zarządu – protestują otwarcie przeciwko głosowaniu w tej sprawie. – Całe zebranie jest bezprawne! – wykrzykuje Jadwiga, członek zarządu od 1979 roku. – Pan sobie je zwołał bez zgody całego zarządu – zarzuca człowiekowi, który był odpowiedzialny za jego organizację.

– Droga pani, na mocy prawnej artykułu dziesiątego ustęp szybernasty, paragraf pokątny można zwołać zebranie głosami jednej dziesiątej zarządu, co w tym wypadku – gdy zarząd liczy dwóch członków – oznacza, że jeden członek zarządu może bez trudu zwołać zebranie – triumfująco uśmiechnął się młody student, członek zarządu od 2014 roku.

W obozie rywali konsternacja. Ich plan na obstrukcję procesu odwołania pani Jadwigi z zarządu spalił na panewce. Szybka narada konserwatystów, strażników starego porządku, w którym pani Jadwiga jednoosobowo zarządzała klatką. – Mogą nas przegłosować… – syknęła bezradnie Jadwiga do swoich popleczników, pani Grażyny i Wiesławy.

Dla niewprawnego oka spór toczył się o coś kompletnie nieistotnego – o możliwość powołania przewodniczącego, czyli gościa, który po prostu będzie notował, liczył głosy i dbał o zachowanie porządku obrad. W istocie jednak gra toczy się o coś większego. Skoro zebranie ma dotyczyć odwołania zarządu, to gra toczy się o głowę pani Jadwigi. Jej mąż, stary warszawski taksówkarz z kasty tych, którzy na Pragę zawsze jadą przez Ursus, wtóruje – nie macie prawa! Nie wolno! A nawet jak wolno, to kogo wy w ten zarząd wepchniecie!? – przekonuje dramatycznym tonem.

Głosowania nie udało się uniknąć. Kartka przemyka z rąk do rąk. Cała frakcja wywrotowców – tak, powołajmy przewodniczącego zebrania. Zwolennicy zachowania starego porządku – nie, nie powołujmy nikogo, idźmy do domów. Wyniki. Pierwsze obgryzione paznokcie lądują na podłodze sali przypominającej trochę tę z filmu „Dwunastu gniewnych ludzi”. 53% za powołaniem przewodniczącego. 47% przeciw. Konserwatyści zmieniają kolor z czerwonego na bordowy. Młody technokrata, przywódca ruchu wywrotowców triumfująco uśmiecha się spod obfitej grzywki i wielkich okularów. Już wie – ma na sali większość. Ostateczny triumf jest bliżej niż kiedykolwiek.

W tym momencie jednak wolta. Okazuje się, że wraz z panią Grażyną, Jadwigą i Wiesławą jest pan Zbigniew. Wciąż młody i elokwentny przedsiębiorca, który nie ma problemu z formułowaniem własnych myśli. – Uważam, że sporo padło tu słów niepotrzebnych, zbędnych, pełnych emocji – zaczyna wypowiedź, odwołując się do niedawnego przekrzykiwania się obu frakcji przypominającego nieco Sejm Czteroletni. – Zwolennik pojednania – myślą postronni. – Podstęp – myślą wywrotowcy. – Brawo Zbych! – myślą rządzący klatką.

– Proponowałbym, by wszystkie strony tego sporu ustaliły, że od teraz nie wypominamy już sobie spraw sprzed kilku czy nawet kilkunastu lat. Dyskutujmy o przyszłości. Dyskutujmy o tym, co możemy zrobić dla tej kamienicy jutro, pojutrze i za rok – przemawia z gracją mówcy Zbych, zjednując sobie sympatię nawet w obozie postępowców. Technokrata – przewodniczący zmienia barwę na podobną do tej, którą mają konserwatyści po powołaniu przewodniczącego.

Dlaczego mowa o sporach? Ano dlatego, że przed momentem do gardeł skoczyli sobie zwaśnieni mieszkańcy – chodzi o to, że z funduszu remontowego postawiono wadliwe bramki parkingowe, a jednocześnie uszkodzoną bramkę musi naprawiać z własnych funduszy jeden z frakcji wywrotowców. – Pan myśli, że my sobie z tego funduszu piwo kupujemy? – dopytuje pani Jadwiga. – Nie, ale REMONT bramki to chyba coś, co mieści się w ramach funduszu REMONTOWEGO – ripostuje druga strona sali.

Atmosfera gęstniała i dopiero zakończenie głosowania rozdzieliło powoli sczepiających się w bokserskie pary Januszów i Andrzejów. Właśnie do tych sporów odwoływał się Zbych. – Nie skaczmy sobie do gardeł z powodu kłódek zakupowanych piętnaście lat temu – apeluje, zdobywając kolejne plusy na całej sali. Zaraz potem jednak dodaje – No i pamiętajmy, że pani Jadwiga, choć istotnie momentami może niepotrzebnie się unosi, bardzo dużo robi dla naszej wspólnoty – zdradza swoją „przynależność obozową”. Po sali znów niesie się szmer. Duża polityka. Duże sprawy. Duże głosowania. – Dlatego zastanówmy się, czy na pewno warto wymieniać zarząd, szczególnie teraz, gdy wspólnota uwikłana jest w sprawy sądowe, które najlepiej uporządkowane ma pani Jadwiga.

Bum. Jest spór. Elokwentny technokrata od funduszy unijnych – przewodniczący zebrania – staje po drugiej stronie niż równie wygadany przedsiębiorca w koszuli i marynarce. To już nieco inny spór, niż zakończone kilkanaście sekund temu debaty na temat złodziejskiego ogrzewania w wykonaniu Jadwigi i Bożeny. Impas. Pada propozycja – niech młody z zarządu przedstawi swoje propozycje, niech stara z zarządu zripostuje tym samym.

To, co następuje później, niech zostanie tajemnicą tych czterech ścian, w których upchnięto właścicieli mieszkań w małej kamienicy w centrum miasta. Dość powiedzieć, że tylko duża odległość między ławkami zapobiega wymianom ciosów.

Po burzliwej naradzie, kolejne głosowanie. 54% za, 46% przeciw. Ktoś głosował inaczej niż przedtem, ale to nic nie zmienia. Zarząd w obecnym składzie przestał istnieć. Pani Jadwiga z fioletowej stała się ciemnobrązowa, a następnie kruczoczarna. A może to tylko światło tak padało? Najlepsze było jednak wciąż przed nami. Wybór nowego zarządu. Zebranie kandydatur. Pani Jadwiga? No, kurwa, jasne że pani Jadwiga. Przecież to, że ją odwołano, nie znaczy, że nie może być powołana podobnie. Na szczęście obok niej młody prowadzący. Na szczęście obok nich też Zbych, kulturalny gość, choć i zwolennik rozwiązań pani Jadwigi. Do tego Grażyna, przyjaciółka Jadzi i pan Piotr. Przy tym ostatnim trzeba się zatrzymać – jego kandydatura została niemal wymuszona przez sąsiadów, którzy stwierdzili, że skoro nie odzywa się cały czas, to znaczy, że dysponuje tajemną mądrością przodków stoików i będzie znakomitym reprezentantem swojej klatki schodowej.

Zachęcali go wszyscy postępowcy. Zniechęcał oczywiście stary taksiarz z małżonką. – Gdzie pan się będzie pchał w zarządy, tu trzeba doświadczenia, dużo wolnego czasu, wie pan – przekonywał najpierw przyjacielsko, potem coraz bardziej wrednie uzależniony od władzy „złotówa”. Głosowania. Młody technokrata – 53% za. Zbych? 65% za, kocha go 2/3 sali. Grażyna? 53%, myśli jak Jadwiga, ale mniej krzyczy. Piotr? 67%, rekord klatki schodowej, a może nawet i kamienicy. Pani Jadzia. 47%. Porażka. Klęska. Wykolegowanie krzykliwego dowódcy frakcji konserwatystów.

Spoglądamy na zegarek. Od momentu wejścia do sali minęły bite dwie godziny. Dwie godziny krzyków, wrzasków, szukania luk prawnych i głosowań. Dwie godziny, które przynoszą proste wnioski:

1) zebrania wspólnoty to fantastyczna zabawa
2) gdzie pojawia się minimum władzy, tam pojawiają się politycy. Tak, zarówno grupa wygadanych przymilaczy, jak i krzykliwych awanturników

Zwycięstwa? Nikt nie dał nikomu w mordę. Udało się wyjść z budynku bez szarpaniny. Porażki? Niestety, nikt tego nie nagrał.

A była przecież taka olbrzymia szansa na powtórzenie sukcesu „Dwunastu gniewnych ludzi”…

Komentarze


Tagi: ,



Back to Top ↑