Dzięki za info: bez was nie wiedziałbym, że nie jest mi dobrze!

Opublikowano Styczeń 18, 2013 | przez Redakcja

doda

Zainteresował mnie tytuł tekstu o seksie oralnym na gazeta.pl, więc kliknąłem, bo jestem normalny i klikam w materiały o seksie oralnym na stronach głównych polskich portali. Niestety, znalazłem w nim pewną nieścisłość, którą chciałbym wyjaśnić.

Otóż autorka pisze:

„Uważa się, że pieszczoty oralne mogą dać nieporównywalną z niczym satysfakcję zarówno biorcy, jak i dawcy, jedynie pod warunkiem, że jesteście bardzo blisko. Trudno sobie wyobrazić maksymalnie satysfakcjonujący, nieskrępowany seks oralny z przygodnym parterem.”

Uważa się? Trudno sobie wyobrazić? No więc ja sobie wyobrażam i to łatwo. Zresztą, w seksie jeszcze cokolwiek się odgórnie uważa, szczególnie o uczuciach innych ludzi? Po lekturze „Chuci” myślałem, że nie?

Z mojego doświadczenia „uprawiania seksu oralnego z przygodnymi partnerkami” muszę powiedzieć, że jedynym warunkiem do tego, żeby był „maksymalnie satysfakcjonujący” było to, czy były dobre w te klocki, czy nie. Marne były marne, a świetne były świetne. To był zawsze jedyny warunek do powodzenia całej akcji.

I, leżąc, nie myślałem wtedy: „Cholera, ten seks nie będzie nieskrępowany, bo jest z przygodną partnerką”. Myślałem raczej rzeczy w rodzaju: „Yeah”, „wow”, „o kurwa” albo: „zajebiście”. Zdecydowanie nie byłem skrępowany, powiedziałbym nawet, że w wielu momentach brak znajomości usuwał hamulce i mówię tu o obu stronach seksu.

Nie wiem, więc, po co taki głodny, podręcznikowy kawałek. Coś by się stało, gdyby jeden z największych polskich serwisów napisał: „Ciesz się życiem, poznawaj laski, dymajcie się jak króliki”? Nie, nic by się nie stało. Nie wierzę w bajki o odejściu reklamodawców, nie wierzę w szkodliwość społeczną, nie wierzę też, że seks, nawet oralny, jest tematem tabu. Spójrzmy prawdzie w oczy, dziś dla dzieciaków to jak całowanie 20 lat temu, a dla ludzi nieco starszych – w dużej części nic szokującego. Ja ten tekst przeczytałem do końca (mimo, że od momentu wjechania na stół chorób wenerycznych stał się nieznośnie świętojebliwy), ba, obejrzałem nawet wideo. Ale młodzież będzie miała z tego pompę. Czuję, że jeśli któryś z portali podchwyci to jako pierwszy i zacznie rozmawiać ze swoimi czytelnikami takim językiem, jak my z Wami, wygra dość dużo. Zresztą, chciałbym kiedyś zobaczyć taki nagłówek: „Laska przed ślubem – tak/nie [SONDA]”. Zdziwilibyście się? Ja – niespecjalnie. Pomyślałbym raczej, że ktoś odzyskał kontakt z ziemią.

(I to jest jedna z przyczyn, dla której powstał ten serwis).

Zresztą, jak już jesteśmy przy tym temacie: czytając o seksie w mediach mainstreamowych zawsze czuję się traktowany jak przedszkolak. Największy problem mam ze słownictwem. W naszym języku wszystkie synonimy i określenia na narządy płciowe… O! Narządy płciowe! Właśnie o tym mówię – książkowy bełkot, mowa naukowców!

No więc – określenia na intymne części ciała są tak nieerotyczne, jak tylko mogą być. Pochwa, penis, prącie, członek… Kiedy to czytam, w każdej chwili spodziewam się klasówki z biologii. Miałem kiedyś dziewczynę, która wymówiła raz słowo „penis” i jej tego zabroniłem.

Jestem grzeczny, ale fiuta nazywajmy fiutem.

Komentarze


Tagi:



Back to Top ↑